Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Za Olzą pod chmurką piwa już nie wypijesz

19.10.2007

Nawet 4 tys. zł kary grozi za picie piwa lub wódki w parkach i śródmieściu Czeskiego Cieszyna. Pierwszy dostał grzywnę Polak.

Wystarczył dzień bez deszczu, żeby ławki w popularnych miejscach Czeskiego Cieszyna zapełniały się ludźmi z puszkami lub butelkami w ręku. Podpici osobnicy przesiadywali zwłaszcza na nabrzeżu granicznej Olzy, w parku Masarykovy Sady, a nawet na rynku. - Bywały dni, że przed ratuszem nie było wolnej ławki, bo na każdej ktoś pił alkohol. Nie mogłam iść do parku z dzieckiem, bo pijacy krzyczeli, załatwiali się pod drzewami albo spali na trawie - wspomina cieszynianka Vlasta Brozova.

Znaczna część pijaczków po czeskiej stronie Olzy to Polacy. Ciągnie ich tam przede wszystkim tańszy alkohol. Półlitrową butelkę wódki można kupić już za 80 koron, czyli 11 zł, a najtańsze piwo kosztuje sześć koron, czyli niespełna złotówkę. Sklepy monopolowe znajdują się już kilkadziesiąt metrów od granicy. Tanio kupiony alkohol można było wypić na miejscu, bo w Czechach, w odróżnieniu od Polski, nie obowiązuje ustawowy zakaz picia w miejscach publicznych. - Dlatego nie mieliśmy podstaw, żeby reagować. Chyba że ktoś upił się do nieprzytomności albo stawał się agresywny. Mniej więcej połowa pijących w miejscach publicznych to Polacy. Nieraz zdarzało się, że kompletnie pijanych przewoziliśmy na granicę, gdzie odbierali ich polscy strażnicy - opowiada Jan Hruza, dyrektor Straży Miejskiej w Czeskim Cieszynie.

Władze miasta postanowiły wreszcie skończyć z tym procederem. - Ponieważ do urzędu napływało coraz więcej skarg, na własną rękę wprowadziliśmy zakaz picia alkoholu w śródmieściu, parkach, na nadbrzeżu Olzy, przystankach autobusowych i przy kościołach. Zakaz obowiązuje od środy, a pierwszym ukaranym był Polak. Próbował się tłumaczyć, że w Polsce piwo nie jest traktowane jako alkohol, tylko napój chłodzący - mówi Dorota Havlikowa, rzeczniczka Urzędu Miasta w Czeskim Cieszynie.

Na razie strażnicy wręczają symboliczne, ostrzegawcze mandaty po 100 koron, ale kara za picie w miejscu publicznym będzie wynosić tysiąc koron. Kto nie przyjmie mandatu, stanie przed kolegium, które może nałożyć nawet 30 tysięcy koron grzywny, czyli ponad 4 tys. zł. - Będziemy intensywnie sprawdzać, czy ktoś nie próbuje łamać zakazu - zapowiada Hruza.

Z wprowadzenia zakazu cieszą się nawet właściciele sklepów z alkoholem. - Takie pijaki odstraszały nam klientów. Zaczepiali ludzi pod sklepem, chcieli pieniędzy. Wielu z nich to Polacy, często bezdomni. Nieraz sam dzwoniłem po pogotowie, jak leżeli w drgawkach. Karetka odwoziła ich na przejście graniczne, bo nie mieli ubezpieczenia - mówi Jaroslav Kozak, prowadzący sklep w pobliżu granicy.


Marcin Czyżewski, Gazeta Wyborcza Katowice