Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Stary Browar, Gliwice

12.03.2002

Restauracja Stary Browar, Gliwice, ul. Piwna 1, czynne od 12 do 24, piątek, sobota od 12 do 4.Browar - jak to pięknie brzmi, nie wspominając już o piwie. W wielu tradycjach mistycznych funkcjonuje wiara w moc dźwięku. Weźmy taką mantrę - człowiek siedzi w kucki, uważa, żeby mu się zamykał obieg energetyczny, a boskość sama z siebie wypełnia jego wnętrze. Dokładnie to samo muszą czuć biesiadnicy na _October Fest, wlewając w siebie kolejne kufle piwa. Tym bardziej więc nazwa Stary Browar zauroczyła mnie na tyle, że niczym Kubuś Puchatek maszerujący przed siebie w poszukiwaniu baryłki z miodem, "kopnąłem się" do Gliwic, by wreszcie z tym lokalem się zapoznać.
U wejścia do Starego Browaru stało kilku napakowanych łysoli i od razu zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno dobre miejsce na zjedzenie kolacji. Kiedy nieśmiało zagadnąłem, czy otwarte, rozstąpili się na boki, zapraszając do środka. Minąłem więc ich śmiało i wszedłem. No proszę! Ale wielka buda - pomyślałem, obchodząc kolejno cztery dwupoziomowe sale (trzy pubowe i jedna restauracyjna) z barkiem w każdej. Wszystko wypindrzone na ostatni połysk - ściany, podłogi, meble i bary. Większość w wiśniowym drewnie, budzi szacunek do ilości wpakowanego tutaj kapitału, tym bardziej iż układ sal, ich kubatura i rozmieszczenie sugerują, że rzeczywiście był tu kiedyś browar.

"Był tu kiedyś browar" - potwierdził zapytany kelner i zapewnił, że takie sale rozciągają się aż do torów kolejowych (na oko jeszcze jakieś trzysta metrów) i póki co dostępne są na razie tylko cztery. Od razu też zaproponował irlandzkiego Beamisha w promocji za jedyne 11 zł za 0,5 l (też mi promocja!), którego spróbowałem, żeby nie wyjść na niechętnego promocjom i natychmiast pożałowałem swej decyzji: ciemny, oleisty i zbyt słodki płyn z białą gęstą pianką przypominał bardziej budyń niż piwo. Tym chętniej wróciłem więc do naszego luzem w dużym bawarskim kuflu (1 l za 11 zł) i od razu zrobiło się przyjemniej. Wybór mają tam rzeczywiście duży, bowiem ani ja, ani towarzyszące mi dwie piękne kobiety nie mogliśmy się długo zdecydować. W końcu zacząłem od carpaccio (13 zł), ślimaka z polędwicy (27 zł) z zasmażanymi ziemniakami (6 zł) i tajemniczą surówką coleslow (6 zł). O kobietach wspominam celowo, bowiem przydarzyła mi się gafa, którą opowiem potomnym ku przestrodze. Otóż zanim zabrałem się do spożywania, dojrzałem przy sąsiednim stoliku pewną parę siedzącą tak, że część pary płci żeńskiej siedziała dokładnie w miejscu, na które mogłem spoglądać pomiędzy ramionami siedzących naprzeciwko mnie pań. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie nieskromny dekolt tej pani, który z biegiem wieczoru i odbytymi tańcami rozchylony był coraz bardziej... Postanowiłem jednak być twardy i wziąłem się za carpaccio, próbując skupić się na zawartości talerza i prowadzonej z moimi towarzyszkami konwersacji. Wyobraźcie tylko sobie: krojona cieniutka polędwica, która rozmraża się w lekkiej marynacie, by zostać podana na talerzu w postaci rozchylonych (to słowo już się nie odczepi) płatków róży, a całość odnajdujemy w wianuszku świeżej zielonej sałaty. Na górę nałożony jest zmiażdżony czosnek w sosie winegretwraz z połówkami zielonych oliwek. Co za maestria, co za smak! Cała potrawa zniknęła z talerza w okamgnieniu, a kiedy znikała, już zdawałem się tęsknić do następnej.

Wbrew pozorom dobre carpaccio trudno zrobić. Polędwica musi być bardzo zmrożona, by ją cienko i równo rozkroić, do tego ułożenie na talerzu jest niezwykle ważne. Dobrze zrobione i doprawione, ale po takim carpaccio nic już nie jest takie samo.
No właśnie - łyknąłem piwa i odetchnąłem z ulgą, bo siedząca naprzeciw para właśnie poszła tańczyć. Mogłem się oddać uroczej dyskusji i piwku, i nawet zdobyłem się na odwagę zamówienia jeszcze jednego carpaccio... Gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, zauważony przeze mnie wcześniej damski obiekt powrócił na swe miejsce i z przerażeniem dostrzegłem, że dekolt wcześniejszy to zaledwie połowa tego, który zaprezentowany moim oczom został w tej chwili. Okazało się, że jestem człowiekiem słabym, skoro byłem kilkukrotnie przywoływany do porządku przez nieźle ubawione koleżanki, ponieważ nie dość, że już nie zdołałem uczestniczyć w pogawędce, ale w ogóle jakoby nie słyszałem, co się do mnie mówi. I tu właśnie cała gafa - miast zabawiać damy, siedziałem jak burak na weselu, wgapiając się w, co tu dużo mówić, damskie przedsięwzięcie, powodując, że dotychczasowy i niezbyt pochlebny sąd moich towarzyszek o mężczyznach tylko się spotęgował... Ciężkie życie panowie - w barze topless to byśmy sobie nie pojedli!

Co zaś tyczy się Starego Browaru - idealne miejsce na tańce, piwne biesiady i zaspokojenie kulinarnych uciech, ze szczególnym wskazaniem na carpaccio, do którego już teraz tęsknię.
Gazeta Wyborcza

Jarosław Gibas