Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Rewolucja pikników - Felieton WP

31.08.2005

Prezydent Putin nie boi się Straży Miejskiej (fot. AFP) “Ale przecież to zabija miasto!” – powiedziała zszokowana Nadina. “W parkach też?!” - spytała wstrząśnięta Anna. Tak. W parkach też. W mijającym tygodni dwie moje niemieckie znajome dowiedziały się tej strasznej prawdy: picie alkoholu w miejscach publicznych jest w Warszawie karane.
Zaczęło się od skutecznej interwencji połączonych sił Straży Miejskiej i Policji w parku Pole Mokotowskie. Najpierw jeden pieszy strażnik podszedł do czterech wysmukłych dziewcząt przed dwudziestką, które leżały na trawie i leniwie sączyły piwo. Ponieważ nie był w stanie sam poradzić sobie z przeważającymi siłami wroga, szybko pojawiły się posiłki – dwóch strażników na rowerach. Kiedy i oni okazali się bezsilni, na scenę wkroczył patrol samochodowy. Jeden strażnik i jeden policjant (samochód zaparkowany tuż obok, na trawniku). Musiało skończyć się mandatem. Groźny gang Czterech Sączących został rozbity i pouczony o moralnej szkodliwości picia alkoholu w parku (gdzie bawią się małe dzieci i mogą przez dyfuzję wpaść w alkoholizm). Na świecie zapanował ład i uśmiechy wąsatych strażników. Przynajmniej po tej stronie górki bliżej stawu. Bo po drugiej, dosłownie dziesięć metrów od miejsca akcji organów ścigania, kilkudziesięciu potężnych facetów żłopało bezlitosne alkohole. Nie demoralizowali, gdyż wszystko odbywało się pod ochronnymi parasolami sponsorującego pub browaru.

Ciężko jest wytłumaczyć osobom pochodzącym z innego kręgu kulturowo-alkoholowego, czemu miejska straż z pomocą policji poluje na kilkuprocentową aktywność pod chmurką. Z całą pewnością nie może im chodzić o bezpieczeństwo (wszak kilkudziesięciu zalanych piwem z pubu facetów jest bardziej niebezpiecznych niż cztery romantyczne dziewoje). Absurdem byłoby też twierdzić, że chodzi o moralność (nie wiem w czym dudniąca “wściekłymi psami” knajpa jest bardziej moralna od uroczej pary, która piciem wina z butelki na parkowej ławce kompensuje skutki obietnicy, że tak na poważnie to dopiero po ślubie). Byłoby mi przykro twierdzić również, że cała akcja jest po prostu spiskiem lobby restauratorów a odpowiedzialni za ten przepis urzędnicy pławią się obecnie w luksusach, które są gratyfikacją za zorganizowanie właścicielom lokali z wyszynkiem naganiaczy w mundurach. Czyżby więc chodziło o... Tak. Trzeba to sobie jasno powiedzieć... Władza w ten sposób dba o to, żebyśmy nie bawili się zbyt dobrze.

Jednym z głównych zadań władzy w ogóle jest psucie dobrej zabawy. Jednak psucie zabawy ludziom w parku? latem? nad wodą? gdy chodzą boso po trawie?! To już wyjątkowa perfidia. Każdy kto odważył się kiedyś podczas pikniku, wypić butelkę czy dwie, doskonale wie, że konsumpcja alkoholu na dziko ma się do przesiadywania w knajpie mniej więcej tak, jak spontaniczna przygoda miłosna do ciężkiej pracy w fabryce. Władza jednak kpi sobie z romantyzmu (chyba, że mówimy o romantycznie łopoczącym sztandarze) i z wyprzedzeniem kasuje wszelkie ośrodki nieinstytucjonalnego szczęścia.

Czemu się tak dzieje? Szczęśliwy obywatel nie potrzebuje do szczęścia władzy. Szczęśliwy obywatel machnie ręką na apele, nawoływania, lamenty i straszenia wszystkim tym, co się stanie, gdy nie zagłosuje na partię Cośtam i Cośtam, której kandydaci startują z listy wyborczej ileśtam. Takie pozytywne machnięcie ręką może być dla władzy groźniejsze niż rzut kamieniem. Tym chętniej władza udowodni obywatelowi, że jest potrzebna (przynajmniej sama sobie).

Ale im więcej połączonych patroli zagląda nam do kieliszka, tym bardziej namawiam wszystkich do aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa: park, przyjaciele, rodzina, przypadkowi znajomi, opowiadanie różnych historii, może jakiś grill, może szachy (albo frisbee) i od czasu do czasu łyk jakiegoś alkoholu (który od tysięcy lat pełni bardzo ważną funkcję spoiwa wspólnoty). Przynajmniej dopóki jest lato.

Wirtualna Polska

Krzysztof Cibor