Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Raport z piwnicy. Na robaki - piwko z rdestem

01.02.2008

Drzewiej to ludzie mieli - nie to co dziś - piwnice z prawdziwego zdarzenia. A szanujące się miasta miały Piwne ulice. W piwnicach leżakowało piwo w kadziach, kufach i panwiach. Zanim bowiem sztuka warzenia piwa przybrała formy folwarczne (a po nich browarne), złocisty trunek pienisty produkowano po domach i klasztorach.

I oto historię gdańskiego browarnictwa, a także dzieje kultury picia piwa, prześledził z sercem i opisał z talentem Zbigniew Gach w książce "X wieków piwa w Gdańsku". Gach przytacza radosne staropolskie porzekadło: "Gdzie się piwa nawarzy, tam się dobrze darzy" (choć czasem bywa gorzej: "Kto piwa nawarzy, niech mu pysk oparzy").
Gach wie wszystko o wytwarzaniu dziesiątków gatunków piwa. Ale także o korporacjach browarników i ich dramatycznych konfliktach z wielkim mistrzem zakonu krzyżackiego. Autor analizuje drobiazgowo ekonomikę wytwarzania i dynamikę spożycia piwa.
Pod koniec XIX wieku na Pomorzu roczne spożycie tego krzepiącego napoju sięgało 120 litrów na jednego mieszkańca. Dużo to? Nie powiem. Jak to bowiem wypada w porównaniu do dzisiejszego spożycia, przez grzeczność przemilczę. Kto ciekaw - zajrzy sobie do pracy Gacha. Powiem za to, że jego praca robi wrażenie wnikliwej, wykonanej atrakcyjnym stylem dysertacji.
Na ogół wiadomo, że browarnikiem z dziada pradziada był Jan Heweliusz. Rzadziej kto wie, że trzysta lat temu na samej Biskupiej Górce piwo wytwarzano w 26 browarach. A przy ulicy Piwnej (Jopengasse) browar funkcjonował w co drugim domu. Był też taki czas, kiedy najbardziej ekskluzywnym lokalem biesiadnym w Gdańsku był Dwór Artusa. Gach wydłubał w archiwach opinię: "Dwór Artusa to europejski dom pijaństwa najwyższej marki". W średniowieczu stali bywalcy dworu skupiali się w kilku bractwach, które cechowała surowość obyczajów. A mimo to czasem jakiś kufel lądował komuś na głowie.
Jedno z ustaleń Gacha krzepi mało: "Browar we Wrzeszczu (kilkanaście lat temu) zniszczyła konkurencja holenderska". Ja co prawda mniemam, że niechcący dobrze na tym wyszli okoliczni mieszkańcy z ulic Kilińskiego, Wajdeloty, Grażyny, Lelewela, Pestalozziego oraz Placu Wybickiego. Ustały bowiem rozciągające się w tej okolicy przykre browarne wyziewy.
Jakoś nie natrafiłem u Gacha na ślad piwa słodowego. A owo słodowe ciemne chętnie za młodu pijałem w bufecie, który prosperował na stacji kolejowej we Wrzeszczu. Piwko sączyłem wtedy jedynie od przypadku do przypadku (miałem, podobnie jak doktor Freud, awersję do goryczki). Lecz oto jeden z takich przypadków przydarzył mi się kiedyś na dworcu w Monachium. Złapało mnie pragnienie za gardło i zafundowałem sobie potężny kufel prosto z beczki! I ten kufel piwa z bawarskiej beczki to była sama rozkosz w gębie!
A do kufelka ostatecznie przekonał mnie kilka lat temu życzliwy lekarz, gdy mi się w nerce kamyk urodził. Pan doktor nachylił się nade mną i szepnął dyskretnie: - Piwko raz na tydzień dobrze panu zrobi.
Potwierdza to Gach. Kiedyś na nerki pomagało piwo "wierzbowe". Sercowcom radzono piwo z rozmarynem. A na robaki - z rdestem. A znów żeglarze zaopatrywali się przed rejsem w piwo okrętowe. Zapobiegało szkorbutowi.
Po lekturze rozprawy Gacha, każdy sam sobie może nawarzyć piwa. Byle tak warzyć, aby sobie czegoś nie oparzyć! W razie czego można łyknąć kwasu chlebowego

Henryk Tronowicz - POLSKA Dziennik Bałtycki