Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Placówka, czyli w okopach gastronomii

17.03.2006

Budowa socjalizmu nie zawsze spotykała się w Busku Zdroju ze zrozumieniem ludności. Wyróżniała się zwłaszcza rodzina Urów, która za nic nie chciała wyrzec się przywiązania do prywatnej własności.
(...)
Pod okiem księżyca
Już tylko najstarsi mieszkańcy Buska przypominają sobie dorastającego Antka Urę, jak w smokingu wraz z ojcem czyni honory domu w Marconim. Znacznie więcej osób pamięta niemłodego, zasapanego mężczyznę ciągnącego o świcie ciężki dwukołowy wózek z zaopatrzeniem dla baru albo stojącego przez cały dzień za bufetem i nalewającego piwo woźnicom i murarzom.

Bar Pod Świerkiem, czyli U Urego - dwa pomieszczenia mające razem z zapleczem kuchennym 100 mkw., a w lecie także stoliki po drzewami - stał się rychło równie znany, jak dawna restauracja w Marconim. Tyle że zamiast krewetek, podawano w nim kotlety mielone i bigos. Ciągnęły doń tłumy kuracjuszy i mieszkańców Buska. Tę rolę Antoniego Ury oraz jego nieugiętą postawę jako prekursora prywatnej inicjatywy w gospodarce planowej uznały w końcu i władze, pod koniec życia zasiadał nawet w różnych gremiach i komisjach Zrzeszenia Prywatnego Handlu.

Z dwóch jego synów starszy, Roman, wdał się chyba w stryja Józefa, bo nie miał powołania do prowadzenia interesów. - Poza tym był za mało postawny jak na branżę gastronomiczną - ocenia Tadeusz Ura. On sam już w wieku 10 - 12 lat sposobił się do uzdrowiskowego biznesu, prowadząc wysiadających z autobusów kuracjuszy do znajomych pensjonatów i nosząc im walizki. Później pracował przez wiele lat w państwowym przedsiębiorstwie na Śląsku, zajmując się zakupem deficytowych surowców i materiałów. - Poznawałem życie i kraj oraz kanały zaopatrzenia - mówi.

Ta wiedza okazała się jak znalazł, gdy po nagłej śmierci ojca, na początku lat 80., musiał stanąć za bufetem rodzinnego zakładu. Mięso było na kartki, ale właściciel baru Pod Świerkiem zawsze potrafił je kupić, w razie potrzeby "pod okiem księżyca". Rewelacyjny był popyt na ściągane skąd się dało piwo, sprzedawano 15 - 16 stulitrowych beczek dziennie.

- Kiedy otwierałem o dziesiątej, już czekało ze sto osób. Z boku, osobno, ustawiali się milicjanci, prokuratorzy, urzędnicy. Kufli z sali się nie zbierało, każdy trzymał swój i podchodził po następne piwo do bufetu. Daniem firmowym był bigos i dwa kotlety mielone. Słynąłem szczególnie z kotletów. Były jak pączki - wspomina.
(...)
Rzeczpospolita

GRZEGORZ ŁYŚ