Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Piłem piwo w łonie matki

15.10.2005

Rozmowa ze Zbigniewem Olobrym, Wielkim Mistrzem Bractwa Piwnego.
Kiedy pan po raz pierwszy spróbował piwa?

-W łonie matki. Proszę sobie wyobrazić, że moja mama, która nigdy nie lubiła piwa, kiedy była ze mną w ciąży nie mogła spokojnie przejść ulicą widząc kufel czy butelkę. Rodzice opowiadali mi na przykład taką historię: Oboje jechali tramwajem. Nagle mama zobaczyła jakiegoś człowieka pijącego piwo. Wysiadła na pierwszym przystanku i… poszła się napić.

Nieprawdopodobne!

-Ale prawdziwe!

A kiedy po raz pierwszy skosztował pan piwa już chodząc po tym świecie?

-Jako dziecko lubiłem spijać piankę z kufla mojego dziadka. Świadomie, będąc już dorosłym człowiekiem, stałem się konsumentem tego cudownego napoju pod koniec lat osiemdziesiątych.

Czemu właśnie piwo obdarzył pan takim sentymentem?

-Z kilku powodów: jego smaku, kultury picia (tak, tak!). Interesuje mnie też wszystko, co się z nim wiąże. Rocznie kilkakrotnie odwiedzam różne browary, poznaję technologię produkcji. Piwo w porównaniu z innymi trunkami ma bardzo mało alkoholu (od 3,5 do 5,5%). Dzięki temu można się nim długo delektować i przez całą biesiadę utrzymywać świetny nastrój.

Z ostatnich badań wynika, że piwo jest bardzo zdrowe m.in. na nerki, krążenie, posiada też sporo witamin i mikroelementów. Czy rzeczywiście obserwuje pan na sobie jego zbawienną moc?

-Tak. Podam nawet przykład. Mój tata, który nie pije piwa, będąc w moim wieku miał już dwie operacje na kamienie w nerkach. To dziedziczna choroba, więc spodziewałem się, że i mnie dopadnie. Tymczasem ja mam nerki zdrowe jak rydz!

Złocisty trunek ma też swoje skutki uboczne. Na przykład mięsień piwny…

-No tak. Nie da się ukryć, że i mnie on dopadł, ale zapewniam panią, że piwo samo w sobie nie tuczy. Ono tylko zwiększa apetyt, a menu piwoszy to zwykle golonka i inne tłuste dania. Ostatnio żona ciągle mi dogryza z powodu mojego brzuszka. Obiecałem jej, że będę się ograniczać i chodzić na basen.

Co pana żona na to, że ma w domu wielkiego mistrza bractwa piwnego?

-Moja małżonka nigdy nie lubiła piwa. Długo ją do niego przekonywałem, aż… w końcu przekonałem. Teraz kocha je tak, jak ja.

Jakich argumentów pan użył, że nastąpiła w niej taka przemiana?

-Na początku dawałem jej piwo z cukrem, z czasem sypałem tego cukru coraz mniej, aż w końcu przestałem w ogóle słodzić. Teraz jest taką samą smakoszką jak ja.

Ona nie ma problemów z figurą?

-Ani trochę! Ma lepsza przemianę materii ode mnie. Jest piękną, zgrabną kobietą.

Kiedy byłam we Włoszech, cała nasza wycieczka zamówiła w restauracji piwo. Kelnerzy byli przekonani, że jesteśmy Niemcami. Skąd u nas taka popularność piwa? Czy to naleciałość z Zachodu?

-Piwo jest nam bliższe kulturowo niż wino czy szampan. Uważam, że toasty powinniśmy wznosić właśnie nim, a nie szampanem! Mamy przecież w Polsce browary, a wino to specjalność ciepłych krajów. Cieszę się też, że odchodzimy od picia na wzór Wschodu – wódki. Taka przemiana obyczajowa dokonała się u nas w ciągu ostatnich 10 lat. Napój z chmielu nareszcie przestał nam się kojarzyć z facetem w berecie z antenką, stojącym pod budką z piwem, a jest synonimem kulturalnego spędzania czasu ze znajomymi.

Rozmawiała: Magdalena Grochowalska.

Express Ilustrowany

Magdalena Grochowalska