Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

O tych, co piwo warzyli i pieniądze liczyli

18.03.2006

Nie wiesz, gdzie założyć biznes? Tylko we Wrocławiu. To miasto dla przedsiębiorczych. Przekonał się o tym pewien mieszkaniec Norymbergi. Odniósł sukces dopiero jak został wrocławianinem.
Warszawski "Magazyn Powszechny Użytecznych Wiadomości" 160 lat temu chwalił wrocławian, że owszem, pracują, ale o rozrywce nie zapominają. Skończy głowa rodziny swoje zajęcia, to bierze żonę, dzieciarnię i idą na promenadę lub do ogrodu na koncert. Siądą przy stoliku, coś wypiją, coś zjedzą, pogadają ze znajomymi. Jeśli niedziela lub święto, "wtedy kilka przyjacielskich rodzin umawia się na dalszą wycieczkę. (...) gdy natomiast u nas, kto ma szczupłe dochody, siedzi w domu, poziewa i tylko kiedy niekiedy pójdzie do Saskiego Ogrodu, bo tam trzeba się pokazać wytwornie ubranym". To chyba genius loci, bo dzisiaj też wrocławianie bawią się wieczorami przez okrągły tydzień, a warszawiacy chodzą spać z kurami. Niepatriotycznie, bo ktoś musi się bawić, żeby ktoś mógł zarobić.

Beczułka albo życie

Lubię patrzeć na ten portret. Starannie przystrzyżona broda, tużurek z kamizelką, koszula przewiązana jedwabnym fularem - widać, człek zamożny, przyzwyczajony do wygód. Czy ktoś taki mógł zimą iść na piechotę z Warszawy do Wrocławia, bo nie miał pieniędzy? Owszem, ale potem szedł tylko w górę. Trafił do miasta dobrych interesów.

To Conrad Kissling (senior) - pierwszy przedsiębiorca, który zaczął sprowadzać do Wrocławia piwo z Bawarii (echt Bayrisches Bier).

W starych szpargałach znalazłam kiedyś opowieść, jak to pewien Bawarczyk (bohaterowie legend zwykle nazwisk nie mają) postanowił otworzyć we Wrocławiu piwiarnię i wybrał się z beczułką piwa do grodu nad Odrą. A trunek ten procentów miał tyle, że mógł konkurować z gorzałką. Po drodze zaskoczyła go śnieżyca i gdyby nie zawartość beczułki, powiększyłby grono aniołów. Na szczęście nie wypił wszystkiego, a to, co zostało, wrocławianie przyjęli z zachwytem. Mówiąc szczerze, historia wyglądała na taką, którą się serwuje dopiero od piątego kufla, ale życiorys Herr Kisslinga nadaje jej wszelkie cechy prawdopodobieństwa.

Rzeczywiście, był Bawarczykiem. Urodził się w 1810 roku w Krafsthof koło Norymbergi. Nic nie wskazywało jednak, że zostanie piwnym królem. Jego ojciec przerabiał tytoń, a on sam szykował się do pracy na roli. Jako trzynastolatek zaczął pracować w majątku ziemskim, ale po czterech latach uznał, że ta droga nie zaprowadzi go daleko, i przeniósł się do miasta. Po kilku latach praktyki kupieckiej w Norymbergi podjął odważną decyzję o założeniu własnej firmy handlowej. No, może nie w całości własnej, bo udziałowców było trzech: Kissling, Conrad Beck z Norymbergi (przyjaciel, a w przyszłości szwagier) oraz Holweg z Erlangen. Ich całym kapitałem była młodość (Kissling miał 22 lata) i 3150 talarów (wartość skromnego domu). Handlowali z Królestwem Polskim m.in. serami, lnem i wełną.

Goły, ale z pomysłami

Szło niesporo. Prawdę mówiąc, największy zysk odniósł Kissling, który w trakcie służbowych podróży (zajmował się transportem towarów) znalazł na Śląsku żonę. Przyszła Frau Kissling, z domu Adeline Mathilde Rotschke, lat 23, była córką postrzygacza sukna, u którego Kissling robił sobie przystanki.

Ślub odbył się w Złotoryi, w lipcu 1834 roku i musiał to być mariaż z miłości, bo pan młody finansowo dobrze nie rokował... Kilka miesięcy później interesy szły mu już tak kiepsko, że musiał wracać z Warszawy do Wrocławia na piechotę. Spacer jednak dobrze mu zrobił, bo odkrył złotodajne źródełko.

"Będziemy sprzedawać we Wrocławiu bawarskie piwo" - usłyszał wspólnik Kisslinga. Pół roku później otworzyli swoją pierwszą piwiarnię w kamienicy na rogu Rynku i św. Mikołaja. Serwowali bawarskie piwo i kanapki z serem (gdzieś trzeba było tego ementalera sprzedać). I to był strzał w dziesiątkę. Podobno już na trzeci dzień spragnieni klienci stali na chodniku.

Wydawałoby się interes bez ryzyka. Ostatecznie na Śląsku piwo od wieków cieszyło się niesłabnącą popularnością.

Konkurencja nie śpi

Biznesplan Kisslinga miał jednak dwa słabe punkty. Po pierwsze, trzeba było skruszyć lokalny patriotyzm piwoszy (a był on wielki - o miejscowych trunkach hymny pisano).

Po drugie, ciężarówka z silnikiem o mocy czterech koni tak długo telepała się z Bawarii do Wrocławia, że piwo nie zawsze nadawało się do picia. Szczególnie latem był to poważny problem. I jak tu powiedzieć klientom, że w beczkach sucho? Ale udało się. Wrocławianie chcieli pić "echt Bayrisches Bier".

Ostatecznie ich jakość gwarantował "Reinheitsgebot" (prawo czystości piwa), ogłoszony w 1516 roku przez księcia bawarskiego Wilhelma IV: trunek mógł być produkowany jedynie z jęczmienia, chmielu i wody. Reinheitsgebot miał ukrócić nadużycia w branży, a tych nie brakowało. Piwo z Grodkowa zwano na przykład przed wojną "łotrowskim". Zdarzyło się kiedyś, że gospodarz z Wiązowa poszedł do Grodkowa na jarmark i opił się tam miejscowym piwem. W drodze powrotnej, tuż za granicami miasta, chwyciły go takie boleści, że jęcząc, upadł na trawę. Gdy trochę oprzytomniał, zobaczył, że przed nim wznoszą się z trzy krzyże z figurami Chrystusa i dwóch łotrów. Twarz tego, który bluźnił Zbawicielowi, wykrzywiona była w okropnym grymasie bólu. - Biedaku, to i ty piłeś piwo grodkowskie - wysapał ze współczuciem wiązowianin.

Konkurencja była jednak czujna i liczna (w 1846 roku we Wrocławiu działało 81 browarów). Kisslingowi rzucili rękawicę August Johann Weberbauer i Carl August Friebe. Kilka miesięcy po otwarciu jego piwiarni zaczęli warzyć piwo według receptur bawarskich. Łatwo im nie poszło. Weberbauer jeździł z teściem-piwowarem do Bawarii, żeby poznać tajemnice tamtejszych mistrzów, i kupował na miejscu chmiel oraz drożdże. Ale rezultat był dobry. Tak dobry, że Weberbauer zaczął budować pierwszy we Wrocławiu parowy browar, między Zwingerstrasse (Teatralna) a Kleine Groschengasse (Mennicza), z dużą częścią restauracyjną. Weberbauerowi pomógł teść, który wyłożył na interes zięcia 30 tysięcy talarów. Chyba nie była to najszczęśliwsza inwestycja. Najpierw spaliła się część restauracyjna, potem zapasy zboża i chmielu, a w 1849 roku właściciel umarł na cholerę. Miał tylko 45 lat. Browar istniał 34 lata dłużej.

Strzeż się człowieka sukcesu

Co innego Friebe, człowiek sukcesu. Jego browar przez dziesiątki lat należał do największych w mieście, a w latach 60. XIX wieku był nawet numerem 1. A poza tym Friebe posiadał jeszcze coś - Piwnicę Świdnicką! Najstarszą i najsławniejszą piwiarnię Wrocławia. Bywalcy twierdzili, że spotykała się tam połowa miasta. Ktokolwiek wychodził z domu załatwiać jakieś sprawy, zaglądał po drodze do podziemi ratusza. Tu świętowano najważniejsze wydarzenia w życiu - zdane egzaminy, awanse w pracy, a nawet umawiano się na randki (jak ktoś myśli, że wytworne panny w kapeluszach nie piły piwa, to się myli). A jak już wrocławianin wyruszał w daleką podróż, to na strzemiennego obowiązkowo wstępował do Piwnicy. No i każdy turysta uważał za punkt honoru wychylić tu kufel. Felicjan Faleński (poeta, ale widać, że liczyć umiał) doniósł w 1869 roku warszawskiemu "Tygodnikowi Ilustrowanemu": "Toż to największa, najsłynniejsza, najzyskowniejsza na całe miasto piwiarnia". Zbyt piwa zapewniony.

Carl August Friebe zaczął dzierżawić Piwnicę Świdnicką, jak miał 22 lata i nie wypuścił aż do śmierci, czyli przez prawie 40 lat. A potem zbijali tu majątek jego spadkobiercy. Korespondent warszawskiego pisma „Kłosy” w czerwcowym numerze z 1883 roku pisał złośliwie: „Rodzina Friebów, od dawna tutaj osiadła, trudni się piwowarstwem, a majątku dorobiła się właściwie z dzierżawy piwnicy pod ratuszem będącej, zwanej Schweidnitzer Keller (Piwnica Świdnicka). Od pięćdziesięciu lat piwko Friebego ma znakomity odbyt w tej »uprzywilejowanej « knajpie, więc gdy na przyszły rok kończy się kontrakt, a czynsz dzierżawny ma być w dziesięciornasób podwyższony, trzeba było naprzód pomyśleć, jakby piwku nowe źródło zbytu zapewnić. Urządzili tedy ogród na pięć tysięcy krzeseł, z elektrycznym oświetleniem, pięćdziesięciu kelnerów w dzień otwarcia nie mogło sobie dać rady - cały Wrocław wywędrował na Kleinburską drogę (ul. Powstańców Śląskich), o krzesła bójki staczano”.

Jeśli chodzi o Piwnicę, to Friebowie tak łatwo z niej nie zrezygnowali. Spadkobiercy Adolfa Friebego, syna Carla Augusta, założyli Towarzystwo Handlowe A. Friebe i trzymali piwiarnię przez 18 lat, do 1904 roku. Natomiast w sprawie wędrówek na "Kleinburską drogę" dziennikarz nie przesadził. Tam właśnie znajdował się etablissement Friebeberg (kompleks rozrywkowo-rekreacyjny), który akurat wtedy został powiększony o otwartą pijalnię połączoną z chłodnią piwa. Friebeberg był naprawdę imponujący: miał wielką salę gastronomiczno-koncertową, punkt widokowy, dużą chłodnię, skład beczek oraz pięciohektarowy ogród z muszlami koncertowymi i kolumnadami. Istniał do 1945 roku, w miejscu dzisiejszego parku. I pomyśleć, że początkiem zaczęło się od skromnej kawiarni zbudowanej przez Friebego w 1822 roku (miał wówczas 22 lata) w podwrocławskiej wsi Kleinburg (Borek).

Daj nam wielu gości...

Kisslingowie nie mogli się poszczycić tak dużymi lokalami, ale dzielnie rywalizowali z klanem Friebów. Piwiarnia Kisslinga w Rynku była wymieniana w przewodnikach jako druga po Piwnicy Świdnickiej piwiarnia warta odwiedzin. Nie tylko dobrze tu karmili i poili, ale dbali również, aby klient nie popadł w ruinę. Na drugi kufel piwa i następne dostawało się ponadtrzydziestoprocentowy upust. W 1851 roku Kissling przeniósł interes na Junkernstrasse 9 (Ofiar Oświęcimskich, późniejsza numeracja 15). Bardzo dobry adres, wytworna ulica, mieszkańcy z arystokratycznymi tytułami, wielu przyjezdnych z grubymi sakiewkami. Lokal nadał uchodził za znakomity i polecano go wybrednym gościom. Powiększono go później, kupując sąsiedni dom i gdy firma świętowała stulecie istnienia, w czterech salach mogło ucztować 150 gości.

Siostra Kisslinga, Anna, późniejsza pani Beck, prowadziła też na Junkernstrasse własną piwiarnię, w domu mieszczącym jeden z najwytworniejszych hoteli Wrocławia - zajazd Pod Złotą Gęsią (Zur Goldenen Gans). Polacy chętnie się w nim zatrzymywali.

Stanisław Bełza, który odwiedzi Wrocław w 1891 roku, wystawił Złotej Gęsi cenzurkę zajazdu utracjuszy: „Oj, było tu i wesoło, i huczno! Niejedna też fortuna magnacka pękła tu bezpowrotnie, wzbogacając niemieckiego właściciela, zacierającego radośnie ręce na widok rozrzutności, która mu kieszenie napełniała. Dziś tu spokojniej; hotel przybrał pozory dystyngowane i tylko starsi kelnerzy wspominają te szczęśliwe czasy, gdy »polscy grafowie «, w których wsiach dziś niemieccy koloniści się rozsiadają, sypali hojnie talarami za usługi, za które Niemcy kiwnięciem głowy lub fenigami im płacili. (...) Tylko jedno w nim pozostało takim samym, jak ongi było - oto »złota gęś « (...) godło fantazji, która niejednym lekkomyślnym ruinę zgotowała”. Można przypuszczać, że Kisslingowie też na tej fantazji zarabiali.

Ale branża gastronomiczno-rozrywkowa nie była jedyną w która inwestowali.

...i pieniędzy jak lodu

Senior rodu nadal handlował lnem, zbożem i serami, wytwarzał smołę i gaz świetlny, a w końcu uruchomił konny omnibus, który jeździł od Rynku do podwrocławskich Popowic. Pasażerowie - a mieściło się ich w pojeździe od dziesięciu do piętnastu - płacili za kurs jeden srebrny grosz. Tanio, bo kufel piwa kosztował trzy razy tyle. Poza tym kupił ziemię w Kowalach i w Popielach (osada na Psim Polu), gdzie oprócz gospodarstwa miał piwnice na lód, który sprzedawał nawet w Berlinie.

Handel takim towarem może wydawać nam się dziwacznym, ale w erze przedlodówkowej był bardzo zyskowny. A już browarnicy nie mogli się bez lodu obejść. Był on niezbędny w procesie dojrzewania i przechowywania piwa. Technologię sztucznego wytwarzania lodu wprowadzono dopiero pod koniec XIX wieku.

Jeden z przedwojennych mieszkańców Pracz Odrzańskich wspominał, jak to robili interesy na swoim stawie. Zimą wyrąbywali z niego lód, który przechowywali w tzw. lodowych piwnicach lub ziemiankach i sprzedawali latem: "W czasie mroźnych zim zajęcie to zajmowało często kilka tygodni. Pracujący chronili swoje buty przed zamoczeniem, oblodzeniem i zimnem, owijając je workami. Aby lód był odpowiedniej jakości, należało go często odśnieżać".

Gdy Kissling senior w wieku 65 lat przeszedł na biznesową emeryturę, jeden z jego synów przejął handel piwem, a drugi Popiele i handel lodem.

W hrabiowskich butach

Kissling żył 92 lata i widział, jak firma się rozwija, a rodzina awansuje w hierarchii społecznej. Jego prawnuk Georg Conrad ożenił się z Alice Hedwig Magdalene Sidonie Freiin von Printz (uwaga, to naprawdę jedna kobieta). Nieźle jak na potomka postrzygacza sukna i przetwórcy tytoniu. Rodzina miała rezydencję w Kleinburg, czyli Borku, najelegantszej dzielnicy Wrocławia, zamieszkałej głównie przez żydowską i ewangelicką burżuazję. Kogo było stać na Borek, ten należał do finansowego i towarzyskiego topu.

Ale Kisslingowie mieli większe ambicje. Kilka lat po śmierci głowy rodu kupiono majątki ziemskie koło Obornik: Heinzendorf (Bagno), Esdorf (Osolin) i Klein Breesen (Brzeźno Małe). Rodzina chciała do nazwiska dołączyć "von".

Polecam wyprawę do Bagna. Warto zobaczyć na własne oczy, jak wysoko sięgali Kisslingowie. Najstarsza, barokowa część pałacu została zbudowana przez hrabiego Henryka Leopolda von Seherr-Thosr i jego żonę Joannę Fryderykę von Wentzky. Georg Kissling, wnuk seniora rodu, zapłacił za nią 1,5 mln marek i to był dopiero początek wydatków. Wrocławski browarnik przez kilka lat remontował stary gmach i budował nowe, neobarokowe skrzydło pałacowe (zwane dziś "Nowym Zamkiem"). Nad portalem wejściowym umieszczono dewizę Kisslingów "Veritate et Iustitia" ("Prawda i Sprawiedliwość"). Zostawiono też miejsce na herb.

W 1912 roku Kisslingowie wprowadzili się na hrabiowskie pokoje. Fakt, że tylko na piętnaście lat, bo gdy interesy zaczęły gorzej iść, Bagno wystawiono na sprzedaż. Tytułu szlacheckiego też nie udało im się dostać, przeszkodził wybuch I wojny światowej.

Po sprzedaży Bagna Georg Conrad Kissling osiadł w Czachowie koło Trzebnicy i tam zmarł w 1934 roku. Wdowa przeniosła się do Berlina, a młodszy syn Werner Friedrich zaczął studia prawnicze w Anglii. Interes rodzinny przejął starszy syn, Georg Conrad, ten, który ożenił się z Alice Freiin von Printz. W czasie wojny - jako oficer Wehrmachtu - związał się ze spiskowcami z grupy Stauffenberga, przygotowującymi zamach na Hitlera. Dwa dni po nieudanej próbie zgładzenia wodza III Rzeszy, 22 lipca 1944 roku, Kissling popełnił samobójstwo.

Po Kisslingach właściwie nie ma już żadnych śladów poza pałacem w Bagnie, gdzie dziś mieszkają salwatorianie, którzy prowadzą Wyższe Seminarium Duchowne. Znikły piwiarnie i składy piwa przy Tęczowej, nikt nie handluje lodem. Ale o dobrym interesie zawsze warto pamiętać.

W tekście wykorzystałam m.in. książkę pod red. Haliny Okólskiej "Piwo we Wrocławiu", Muzeum Miejskie Wrocławia, Wrocław 2002

Gazeta Wyborcza

Beata Maciejewska