Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

O Sławku Pahlke

04.07.2008

W sobotę 28 czerwca 2008 roku, w godzinach rannych, niespodziewanie dla wszystkich, opuścił nas Sławomir Ryszard Pahlke. Dożył 44 lat.

Z branżą piwną zetknął się po raz pierwszy w browarze Piast. Tam zdobywał pierwsze doświadczenia. W roku 2002, 1 marca, przeniósł się na Pomorze Gdańskie gdzie podjął pracę w browarze Amber.
W krótkim czasie znalazł swoje miejsce. Razem z Dariuszem Rejmusem, dyrektorem handlowym, stworzyli chyba najlepszy duet w branży.

Nigdy chyba nie brakowało Sławkowi pomysłów i inwencji twórczej.
Dziełem jego myśli są piwa: Żywe, Koźlak, Złote Lwy i ostatnie jego dziecko porter Grand.

Żywe, niepasteryzowane, wylansowało w kolejnych latach całą serię piw niepasteryzowanych, nazwą i szatą graficzną nawiązujących do niego.

Koźlak, w wielu rankingach uzyskał najwyższe noty czy tytuły Piwa Roku. Jego malowana butelka została dosłownie skopiowana przez firmę Barlan Beverages Group.

Ilekroć komukolwiek w branży zabrakło pomysłów, bez żadnych skrupułów posiłkował się tymi wymyślonymi już przez Sławka.
Szeroka wiedza dotycząca współczesnych zagadnień branży pozwalała jemu i browarowi Amber wspiąć się na wyżyny.

Ostatnia promocja Granda, w której połączył piwo z czekoladą, pokazała, że to nie koniec jego pomysłów. Piwo to nazwał Imperial Porter, co adekwatnie odpowiada jego charakterowi, dając jednocześnie dowód inwencji twórczej Sławka. Słusznie napisał na etykiecie Granda: „…jest naszą interpretacją stylu porter”. I rzeczywiście, wspólnie z piwowarami, zamierzony cel osiągnęli.

Wielokrotnie spędzaliśmy wspólnie wieczory snując wspólne plany związane z piwem.
Nieraz wymienialiśmy swoje poglądy związane z branżą, jednak nigdy nasze zdania nie różniły się od siebie. Na wszystko reagował spontanicznie ze swoistym uśmiechem. Kiedy zwracałem mu uwagę, że powinien postąpić tak a nie inaczej, momentalnie odpowiadał: ,,Przyganiał kocioł garnkowi”. I rzeczywiście, mieliśmy wiele wspólnego ze sobą, co zaowocować miało dalszymi wspólnymi przedsięwzięciami.
 

Niezwykle ciepło wypowiadał się o swoim bezpośrednim przełożonym, Panu Andrzeju Przybyle. Niejednokrotnie podkreślał, że darzy go najwyższym szacunkiem, a on sam jest dla niego jak jego własny ojciec. Można tylko pozazdrościć, że można swoim autorytetem i postępowaniem, pozyskać tak pochlebne zdanie.


Każdy temat był dla niego kolejnym wyzwaniem, któremu w końcu sprostał. Swoim charakterem zjednywał sobie liczne rzesze sympatyków. Jego otwartość i szczerość otwierała mu niejedne drzwi. Jednocześnie swoim uporem i żelazną konsekwencją otwierał te, które dla innych były zamknięte.


Doba była dla niego stanowczo zbyt krótka. By móc zrealizować swoje wszystkie plany potrzebował znacznie więcej czasu.


Nie odniosłem wrażenia, by kosztem pracy zapominał o swojej rodzinie. Widziałem osobiście, z jaką przyjemnością bawił się z swoim najmłodszym synem Maksiem. Zawsze ciepło też wypowiadał się o swojej żonie. Ubolewał, że nieraz być może zbyt mało czasu poświęcał rodzinie. Pamiętał o tym, by w jakikolwiek sposób i jak najszybciej jej to wynagrodzić.


Z całą pewnością wielu zabraknie Sławka. Był on duszą niejednego spotkania czy towarzystwa. Ja osobiście zapamiętam go z naszego ostatniego spotkania na lotnisku w Gdańsku. Odbierał mnie po mojej wizycie w Oslo. Ponieważ przylot odbył się w godzinach rannych, liczyłem się zatem z jego późniejszym przyjazdem. Po wyjściu z terminala zobaczyłem, zza szyby samochodu, jego uśmiechniętą twarz, jakby z ironią mówiącą: myślałeś, że się spóźnię na spotkanie?


Taki był Sławek i w pamięci mojej pozostanie do końca jako człowiek, z którym często rozumieliśmy się bez słów. Do zrozumienia wystarczało nam tylko chwilowa spojrzenie.


Żegnaj Sławku. Będzie mi Ciebie brak. Życie taki napisało scenariusz.
 

Marek Suliga