Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Nawarzyli piwa

19.05.2001

Po gdańskim browarze zostały tylko puste kufle.Browar gdański należący do Hevelius Brewing Company (HBC) miał być „perłą przynoszącą splendor miastu”. Tymi słowy Zdzisław Bogusz, szef firmy, agitował radnych do sprzedaży HBC spółce Brewpole B.V. A oto finał: browar zlikwidowany, ludzie zwolnieni, zdemontowane nowiuteńkie urządzenia warzą piwo gdzie indziej, gmina Gdańsk procesuje się o odszkodowanie, zaś Z. Bogusz przygotowuje do prywatyzacji kolejną firmę komunalną.
Hevelius Brewing Company od 1991 r. była spółką prywatno-komunalną – 51 proc. udziałów miała spółka Brewpole B.V., zarejestrowana w Rotterdamie, a 49 proc. miasto Gdańsk. Brewpole kontrolowali inwestorzy australijscy (spółka Hunan N.V.). Browar przynosił zyski, ale zbyt małe, by wystarczyło na niezbędne inwestycje (w 1994 r. – 5,4 mln zł brutto). Bez porządnego zainwestowania z zewnątrz browar nie wytrzyma konkurencji – tłumaczył całkiem trafnie prezes Bogusz. Dlatego w 1995 r. władze Gdańska postanowiły wyzbyć się swoich udziałów. Z. Bogusz przekonywał, by nie śrubować ceny; liczą się miejsca pracy, rozwój firmy. Stanęło na tym, że miasto sprzeda udziały Brewpole’owi za 4,5 mln zł, a ponadto przez 5 lat będzie otrzymywać po 800 tys. zł od HBC.

Umowę w formie aktu notarialnego podpisano 23 października 1995 r. Miasto reprezentowali: Henryk Woźniak, wiceprezydent miasta (1994–1997), oraz Marek Kostecki, członek zarządu miasta (1994–1998). W imieniu Brewpole B.V. wystąpił Australijczyk Anthony Oates, a HBC – Zdzisław Bogusz. W paragrafie 6 umowy zapisano:

„Anthony Gordon Oates w imieniu Brewpole B.V. zainwestuje w sposób właściwy w rozwój browaru w Gdańsku (...) w wysokości nie mniejszej niż równowartość 15 000 000 USD (...) w nieprzekraczalnym terminie trzech lat, poczynając od dnia 1 stycznia 1996 r.”. Dalej czytamy: „W przypadku niewykonania zobowiązania (...) kupujący zobowiązuje się zapłacić sprzedającemu odszkodowanie w wysokości stanowiącej równowartość 15 000 000 USD (...) lub różnicę między tą kwotą a kwotą zainwestowaną (...). Termin wymagalności powyższego zobowiązania strony określają na dzień 10 stycznia 1999 r.”. Poręczycielem na wypadek, gdyby Brewpole z jakichś względów nie mógł czy nie chciał odszkodowania zapłacić, została spółka HBC, czyli browar gdański.

W umowie znalazł się spis niezbędnych inwestycji. Pamiętano nie tylko o nowej linii rozlewniczej za 6 mln zł, czy o modernizacji warzelni za 4,5 mln zł, ale nawet o podajniku do kserokopiarki Canon za 4 tys. zł. Zapomniano natomiast sprecyzować, co obie strony rozumieją przez sformułowanie „zainwestuje w sposób właściwy”.

Imperium na kredyt

Wydawać by się mogło, że wszystkie dodatkowe obwarowania włodarze Gdańska wprowadzili po to, by na bieżąco kontrolować inwestycje. Ale nic podobnego. Do wiosny 1999 r. nie wykazali tą kwestią żadnego zainteresowania. Z HBC utrzymywali kontakty, ale o zupełnie innym charakterze. W 1996 r. sygnatariusze umowy z ramienia miasta, panowie Kostecki i Woźniak, do którego należał nadzór nad realizacją umowy, wraz z małżonkami skorzystali z zaproszenia na wycieczkę sponsorowaną do Madrytu. Towarzyszyli im prezes Bogusz oraz Jan Zacharewicz, który podczas negocjacji w 1995 r. występował jako doradca HBC, reprezentujący interesy Brewpole’a. Kierowane przez Zacharewicza Biuro Business Consultants w 1999 r. rozstało się z browarem i zaczęło swoją wiedzą służyć miastu w jego walce z HBC, Elbrewery, Brewpole’em i Żywcem. Ale po kolei.

W 1998 r., jesienią, po kolejnych wyborach samorządowych, władzę w Gdańsku objęła nowa ekipa. Wiceprezydentem do spraw gospodarczych został Zbigniew Czepułkowski. – Wiosną 1999 r. – wspomina – Hevelius Brewing Company wystąpiła do mnie o zniesienie z dwóch działek hipotek zabezpieczających płatności na rzecz miasta. Zamierzali te działki sprzedać. Zajrzałem do umowy notarialnej. Poprosiłem o dokumenty dotyczące zrealizowanych inwestycji. Odpowiedzieli, że to nie dotyczy ich, tylko Elbrewery.

Okazało się, że inwestycje w browarze nawet o milion dolarów przekroczyły kwotę przyjętą w umowie. Jednak pieniądze na ten cel pochodziły nie od Brewpole’a, tylko z kredytu, który w 1996 r. w wysokości 27 mln dolarów w Banku Handlowym zaciągnął gdański browar, tj. firma Hevelius Brewing Company, która miała być dofinansowana przez Brewpole’a. Brewpole jeszcze na tym kredycie zarobił, ponieważ za udzielone poręczenie kazał sobie wypłacać prowizję – 3 proc. wartości kredytu rocznie. – W ten sposób w ciągu dwóch lat miał możliwość odzyskania kwoty, którą zapłacił za udziały gminie Gdańsk – komentuje Jan Zacharewicz.

Zbigniew Czepułkowski nie ma wątpliwości: miasto powinno było zareagować już w tamtym momencie, w 1996 r. Jednak przespało także następne ostrzegawcze sygnały. W grudniu 1997 r. HBC sprzedała browar wraz z zobowiązaniami Elbrewery Company Ltd. spółce browarniczej również należącej do Brewpole, ale silniejszej, dysponującej browarami w Elblągu i Braniewie. Czyli de facto Brewpole sprzedał Brewpole’owi... Gdyby nie sprzedał, sam musiałby ponosić konsekwencje udzielonych gwarancji kredytowych, bo gdański browar nie udźwignąłby tak wysokiego kredytu, który wraz z odsetkami trzeba było spłacić do końca 2000 r.

Brewpole mógłby się ubiegać o mistrzostwo Polski w budowaniu imperium na kredyt. W 1998 r. firma ta kontrolowała browary w Elblągu, Braniewie, Gdańsku, Warce, Leżajsku oraz Łańcucie, w sumie około 25 proc. polskiego rynku piwa. Wtedy to doszło do jej fuzji z Żywcem, którego głównym udziałowcem jest holenderski Heineken, druga co do wielkości kompania piwowarska świata. „Wbrew zapowiedziom szefów Elbrewery – donosił 8 października 1998 r. dziennik „Rzeczpospolita” – fuzja tej spółki z Żywcem nie wynika tylko z konieczności konsolidacji branży piwowarskiej. (...) Elbrewery potrzebuje silnego partnera, ponieważ znajduje się w nie najlepszej kondycji finansowej. (...) Brewpole, chociaż uczynił z Elbrewery piwnego giganta na polską miarę, nie jest w stanie wesprzeć finansowo tej spółki”. „Rzeczpospolita” zwróciła uwagę na wysokie koszty finansowe Elbrewery, sięgające w 1997 r. 61,5 mln zł, z czego prawie 49,9 mln zł stanowiły odsetki do zapłacenia.

Szukaj wiatru w polu

Wróćmy jednak na gdańskie podwórko. Otóż wiosną 1999 r., gdy władze miasta wreszcie się ocknęły i doszły do wniosku, że nie o takie inwestycje im chodziło, Brewpole w związku z fuzją z Żywcem był akurat w fazie likwidacji, prowadzonej przez Heinekena. Firma Hevelius Brewing Company, formalny gwarant zobowiązań Brewpole’a wobec Gdańska, po wspomnianej już transakcji z Elbrewery stała się pozbawioną majątku spółeczką dystrybuującą piwo. Elbrewery, nabywca browaru w Gdańsku, był własnością Żywca, w którym w wyniku fuzji ok. 38 proc. akcji objęła spółka Harbin, własność wspomnianej na samym wstępie spółki Hunan, czyli zmyślnych Australijczyków co to wystawili miasto do wiatru, zresztą poniekąd na jego życzenie. Można się pogubić – kto, z kim, gdzie i kiedy.

Stwierdziwszy co się stało i jak wygląda sytuacja, władze gdańskie rozpoczęły batalię na wszelkich możliwych frontach, domagając się umownych 15 mln dolarów odszkodowania wraz z odsetkami. Od Heinekena jako likwidatora Brewpole’a. Od HBC oraz od Elbrewery Company, czyli w ostatecznym rozrachunku od grupy Żywiec. Do prowadzenia tych spraw miasto zaangażowało wspomniane już biuro Jana Zacharewicza. Władzom Gdańska bardzo zależało, aby korzystać z jego usług. Niewątpliwie liczyły na wiedzę, jaką pan Zacharewicz zdobył pracując na rzecz browaru. W normalnym trybie miasto musiałoby wybrać doradców w drodze przetargu. Jednak długo i usilnie zabiegało w Urzędzie Zamówień Publicznych w Warszawie o zwolnienie z tego wymogu.

– Poczuliśmy się wykorzystani, oszukani, bo przecież i ja zapewniałem gminę Gdańsk, że Brewpole B.V. dokona inwestycji z własnych środków – tłumaczy J. Zacharewicz. – Zwracaliśmy firmie Brewpole uwagę na ich obowiązek, ale nas nie słuchano.

Nie da się ukryć, że Business Consultants długo zwlekali, nim poczuli się wykorzystani. I nie wspierają miasta za Bóg zapłać. Mają otrzymać 10 proc. kwoty, którą wywalczą. – Robiłem rozeznanie – mówi Z. Czepułkowski – w Warszawie duże kancelarie prawnicze żądają 15–30 proc. uzyskanych odszkodowań.

Jeszcze ciekawszą karierę zrobił Zdzisław Bogusz. Po wygaśnięciu kontraktu na kierowanie browarem, latem 2000 r., kiedy już było wiadomo, jakiego piwa tam nawarzono, wystartował w konkursie na szefa największej spółki należącej do gminy Gdańsk – Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej (GPEC), które lada moment ma być prywatyzowane. I co więcej, wygrał ów konkurs. Z. Czepułkowski był wtedy w komisji oceniającej kandydatów. – Z wszystkich – stwierdza – którzy się zgłosili, on wypadł najlepiej. Sprawy browaru w ogóle nie poruszano. Brano pod uwagę tylko to, że Bogusz ma doświadczenie w prywatyzacji, a nie jaki był jej finał.

Nie do wiary. Toteż po magistracie krążyły plotki, jakoby to Bogusz uświadomił władzom miasta, jak to z browarem było i w podzięce wygrał posadę. Jednak zeznania składane przez niego obecnie przed sądem bynajmniej nie wspierają miejskich roszczeń. I trudno się dziwić. To nie krasnoludki, a szef firmy działał ręka w rękę z właścicielami Brewpole’u.

Duże jasne konserwatora

Heineken jako likwidator Brewpole’a nie uznał roszczeń Gdańska. Władze miasta rozważają możliwość wystąpienia z pozwem przeciwko Heinekenowi. Zamówiły w renomowanych holenderskich kancelariach prawniczych opinie. Podobno są one obiecujące. Ponadto dwie sprawy toczą się już przed sądami okręgowymi w Gdańsku oraz w Bielsku-Białej. W sprawie gdańskiej chodzi o owe 15 mln dolarów odszkodowania od HBC i Elbrewery. Tutejszy sąd przesłuchuje kolejnych świadków, biedząc się nad rozszyfrowaniem tajemnicy zapisu o „właściwym sposobie” inwestycji. Zaś sąd w Bielsku ma rozstrzygnąć, czy Żywiec jest następcą prawnym Brewpole’a. Przedstawicielom miasta udało się swoim problemem zainteresować także prokuratora generalnego i premiera. W efekcie Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku nakazała Prokuraturze Okręgowej wszcząć śledztwo, czy aby nie doszło do działania na szkodę spółki, która prowadziła browar.

– Od końca 1999 r. my i Heineken jesteśmy notorycznie nękani – mówi Krzysztof Rut, rzecznik prasowy grupy Żywiec.

– Przedstawia się nas jako złodziei, którzy chcą uciekać z majątkiem. Gdańsk może dochodzić swoich roszczeń w sądzie, ale niech nie szarga naszej opinii, niech nie stosuje środków pozasądowych.

Oliwy do ognia dolała obwieszczona przez Żywiec w listopadzie 2000 r. decyzja o zamknięciu gdańskiego browaru. Prezes grupy Alle Ypma w liście otwartym do prezydenta Gdańska, opublikowanym na prawach płatnego ogłoszenia, przedstawił argumenty ekonomiczne: grupa w przeliczeniu na hektolitr piwa zatrudnia więcej pracowników niż konkurencja, w północnej Polsce Żywiec ma trzy browary, których moce nie są w pełni wykorzystane, browar w Gdańsku jest najmniejszy, stoi w centrum miasta i ma najwyższe koszty stałe. Dodajmy tu jeszcze argument nieeksponowany przez Żywiec: teren browaru to 3,39 ha znakomicie położonego gruntu, za który da się jeszcze wziąć niezły pieniądz – kilka milionów dolarów, które nie tylko zrekompensowałyby firmie koszty odpraw dla zwalnianych pracowników (ok. 190 osób, średnio po 50 tys. zł na osobę), ale pozostałoby jeszcze trochę na inne wydatki.

Zadziałały brutalnie prawa ekonomii. Interesy wielkich korporacji często kolidują z interesami lokalnych społeczności. „Wydaje się, że główni gracze na naszym rynku w najbliższych latach skupią się na wykreowaniu 2–3 wiodących (krajowych) marek”– napisali w swym raporcie eksperci Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Dla grupy Żywca CASE wymienia Żywiec, EB i Warkę. Stwierdza, że lokalne marki, m.in. Heweliusz oraz Leżajsk, zaczną odgrywać mniejszą rolę.

Władze Gdańska podejrzewają jednak, że losy miejscowej fabryki jasnego z pianką wyglądałyby inaczej, gdyby nie spór o odszkodowanie. W działaniach Żywca dopatrują się nie tylko zamiaru ucieczki od zobowiązań po Brewpole’u, ale wykupu rynku dla własnej marki. Stąd emocje.

Ewentualne wpisanie części obiektów browaru do rejestru zabytków, o co zabiegają teraz władze Gdańska, zapewne pomiesza Żywcowi plany związane z tym terenem. Ale może też na tym ucierpieć samo miasto, które będzie miało w dobrym punkcie pustą skorupę popadającą w ruinę. Procesy sądowe potrwają jeszcze parę lat, a ich finał trudno przewidzieć.
NUMER 21/2001 (2299)
Polityka

RYSZARDA SOCHA