Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Mitra z pianką

14.06.1999

Polskie firmy wracają do arystokratycznych korzeni.Moda na poszukiwanie szlachetnie urodzonych przodków nie ominęła gospodarki. Wiele firm odkrywa, że długa i barwna historia ma wartość handlową i może stać się skuteczną bronią w walce rynkowej. Te, które w przeszłości należały do rodzin magnackich, porzucają więc swe peerelowskie znaki firmowe i wracają do herbów dawnych właścicieli. Nie obywa się to jednak bez konfliktów.
Białostocki browar Dojlidy należał niegdyś do rodziny Lubomirskich. Kiedy w 1993 roku, świętując stulecie istnienia, firma zleciła badania archiwalne, ze zdumieniem odkryła, że jej historia jest o ponad sto lat starsza, bowiem pierwszy browar w Białymstoku założono w 1768 r. Decyzja, aby wykorzystać to w celach marketingowych zapadła w 1997 r., kiedy w browarze pojawili się inwestorzy strategiczni – polska spółka Ambresa i niemiecka Binding Brauerei. Białostockie piwo zaczęto znakować herbem Szreniawa, z książęcą mitrą (rodzajem korony), na tle gronostajowego płaszcza – rodowym klejnotem książęcej linii Lubomirskich. W ten sposób postanowiono uczcić najbardziej zasłużonego dla browaru Jerzego Rafała Lubomirskiego. Na niektórych wyrobach, obok Szreniawy, pojawiły się miniaturowe herby dwóch innych rodzin magnackich – Radziwiłłów i Branickich; oni także przez pewien czas władali białostockim browarem. W reklamach akcentowana jest wieloletnia tradycja: „W jednym z najstarszych polskich browarów, będącym w posiadaniu rodów: Branickich, Radziwiłłów i Lubomirskich, powstało szlacheckie Piwo Magnat – specjalnie dla Ciebie” – głosi tekst reklamowy.

Szreniawa piwna

Pomysł białostockich piwowarów nie przypadł do gustu rodzinie Lubomirskich. Stanisław Lubomirski-Lanckoroński, reprezentujący Zjednoczenie Rodowe Lubomirskich, zaprotestował przeciwko wykorzystaniu herbu jako ozdoby piwnych butelek i puszek.

– W PRL nasza rodzina została dokładnie obrabowana ze wszystkich dóbr materialnych – przekonuje Lubomirski-Lanckoroński. – Odebrano nam nasze majątki, zamki, dzieła sztuki. I oto dzisiaj, w wolnej Polsce, pozbawia się nas dodatkowo prawa do dysponowania własnym herbem i wykorzystywania naszego nazwiska.

Zarząd Dojlid nie widzi nic zdrożnego w oznaczaniu swych wyrobów herbem Lubomirskich. – Herb Szreniawa traktujemy jako spuściznę historyczną, ogólne dobro kultury, a jego wykorzystanie jest uzasadnione historią białostockiego browarnictwa. Nie mieliśmy zamiaru naruszać dóbr osobistych rodziny Lubomirskich-Lanckorońskich. Nie był nam też znany krąg osób zainteresowanych oraz ich związki rodzinne z rodem Lubomirskich – zapewnia dyrektor handlowy Dojlid Jolanta Czemiel.

Szreniawa gminna

Nie przekonuje to jednak rodziny Lubomirskich, która uważa, że browar, zanim sięgnął po jej rodowy herb, powinien wcześniej zwrócić się o pozwolenie, tak jak to uczyniła gmina Nowy Wiśnicz. W 1990 r. Zjednoczenie Rodowe Lubomirskich wyraziło zgodę na używanie herbu Szreniawa przez Nowy Wiśnicz, a gdy ten pięć lat później uzyskał prawa miejskie, władze gminy zwróciły się o prawo wykorzystania herbu jako godła miasta.

„Prośbę naszą uzasadniamy tym, że związek Nowego Wiśnicza z rodem Lubomirskich datuje się od XVI w. – pisały władze miasta i gminy. – Szczególne zasługi dla Ziemi Wiśnickiej i okolic zawdzięcza się Panu Stanisławowi Lubomirskiemu, hrabiemu na zamku w Nowym Wiśniczu, siedzibie rodowej, fundatorowi licznych dóbr kościelnych i świeckich, pochowanemu zgodnie z jego życzeniem w kościele karmelitów w Nowym Wiśniczu”.

– Oczywiście wyraziliśmy naszą zgodę – mówi Stanisław Lubomirski-Lanckoroński. – To dla nas zaszczyt. Wiśniczanie są bardzo patriotyczni i niejednokrotnie dawali dowody przywiązania do rodziny Lubomirskich.
Browar Dojlidy choć przywiązania nie okazuje, z rodowego herbu Lubomirskich rezygnować nie zamierza. Deklaruje jednak wolę utrzymania jak najlepszych stosunków z potomkami rodziny dawnych właścicieli. Chętnie widziałby udział Lubomirskich w promocji białostockich wyrobów. Tymczasem Stanisław Lubomirski zamierza wystąpić na drogę sądową. Złożył też protest w Urzędzie Patentowym przeciw próbie zarejestrowania przez Dojlidy znaków towarowych zawierających herb rodowy i sam zgłosił Szreniawę jako wzór zdobniczy i znak towarowy. W Dojlidach mówi się nieoficjalnie, że jeśli nie uda się obronić Szreniawy, herb zostanie zmodyfikowany tak, by różnił się od godła Lubomirskich.

Żywiec z mitrą

Podobne kłopoty dotknęły Zakłady Piwowarskie Żywiec SA, należące od niedawna do Elbrewery – Grupa Żywiec. Przed wojną żywiecki browar był własnością arcyksięcia Karola Olbrachta Habsburga. Odebrali mu go Niemcy za odmowę podpisania volkslisty, a po wojnie został znacjonalizowany przez władze PRL na podstawie dekretu o... reformie rolnej. Dziś dzieci Karola Olbrachta na drodze sądowej dochodzą roszczeń reprywatyzacyjnych, a w pierwszych dniach czerwca wystąpiły przeciw żywieckiemu browarowi z pozwem o ochronę dóbr osobistych. Zarzucają niedozwolone wykorzystywanie rodzinnej tradycji oraz renomy przedwojennej firmy, do której dzisiejszy Żywiec nie ma prawa.

– Żywiec bezprawnie wykorzystuje w swym znaku firmowym arcyksiążęcą mitrę oraz datę założenia browaru „1856”. W materiałach reklamowych używa tytułu „Arcyksiążęcy Browar Żywiec” oraz reprodukuje przedwojenne etykiety z herbem Habsburgów – przedstawia zarzuty z pozwu krakowski adwokat Krzysztof Góralczyk, reprezentujący arcyksiążęcą rodzinę.

Proces Habsburgów przeciw Żywcowi będzie z pewnością uważnie obserwowany w Browarach Tyskich, które również eksploatują swą magnacką spuściznę. Na etykietach piwa tyskiego widnieje wielka mitra oraz napis „Browary Książęce”. Browar w Tychach należał przed wojną do książąt pszczyńskich, dziś jest częścią Korporacji Piwowarskiej (wraz z Lechem Browary Wielkopolski). Spadkobierca pszczyńskiej fortuny książę Bolko von Hochberg mieszka dziś w Monachium i choć regularnie odwiedza Pszczynę (jest wiceprzewodniczącym Rady Muzeum Zamkowego), nie ma jednak zamiaru dochodzić zwrotu rodzinnych dóbr.

– Nikt z rodziny książąt pszczyńskich nie zgłaszał na razie zastrzeżeń dotyczących wykorzystywania przez nas tradycyjnej nazwy browaru ani książęcej mitry – zapewnia rzeczniczka Browarów Tyskich SA Bernadetta Fułek.

Pilawa polmosowska

Herbowe kłopoty nie ominęły też Fabryki Wódek Polmos w Łańcucie, która po rozpadzie Polskiego Monopolu Spirytusowego postanowiła powrócić do starych tradycji. „Związek ze znamienitymi rodami Lubomirskich i Potockich miał decydujące znaczenie w określeniu tożsamości firmowej Fabryki” – czytamy w jednym z materiałów reklamowych. Dlatego zamawiając projekt nowego znaku firmowego Polmos zalecił, by nawiązywał on do herbu Potockich Pilawa. W ten sposób postanowiono uczcić hrabiego Alfreda Potockiego, właściciela „Uprzywilejowanej Fabryki Likierów, Rosolisów i Rumu”, twórcę świetności łańcuckiej firmy.
– Mieliśmy nieformalne kontakty z przedstawicielami rodziny Potockich, ale o wykorzystaniu herbu nie rozmawialiśmy – wyjaśnia dyrektor handlowy łańcuckiego Polmosu Zenon Wilk. – Spadkobiercy dawnych właścicieli naszego zakładu rozsiani są po świecie. Jeden mieszka w Peru, inny we Francji. Nie mieliśmy pewności, czy uzyskując zgodę jednych, nie wejdziemy w konflikt z innymi członkami rodziny.

A jednak bez konfliktu się nie obeszło. Pierwsza wersja znaku firmowego, jaka pojawiła się na butelkach z Łańcuta, była w niewielkim stopniu przetworzonym godłem Potockich – do znaku Pilawa dodano fantazyjny półksiężyc, tworząc stylizowaną literę „P”.

– Zaprotestował przeciwko temu mój kuzyn Marek Potocki – wyjaśnia Stanisław Lubomirski. – To rzutki biznesmen i choć jest obywatelem francuskim, interesy robi w Polsce. Nie był to zresztą pierwszy taki przypadek. Wcześniej w Wielkiej Brytanii ktoś o nazwisku Potocki zaczął produkować wódkę, znacząc ją herbem Pilawa do czego nie miał prawa. Zrezygnował, gdy Marek Potocki zagroził mu procesem.

Obecna wersja znaku firmowego łańcuckiego Polmosu już w niewielkim stopniu przypomina Pilawę. Dosłownie przeniesiona została jedynie tarcza herbowa wraz z labrami, czyli ozdobną oprawą. Sam znak to złączone litery P i Ł od słów Polmos i Łańcut. Trzy poprzeczki w literze Ł nawiązują do godła Potockich. Nowy znak, jak zapewnia fabryka, „stanie się elementem łączącym tradycję z nowoczesnością, przeszłość z teraźniejszością, doświadczenia i prace wielu pokoleń z marzeniami o prawdziwym sukcesie”. A jeśli Potoccy będą nadal protestować?

– Nasi prawnicy zapewniają, że podobieństwo obu herbów jest tak dalekie, że nie można mówić o naruszeniu dóbr rodziny Potockich. W ostateczności jednak możemy zrezygnować z oprawy herbu i pozostać przy literach P i Ł – wyjaśnia dyrektor Wilk.

Barwy ochronne

Konflikty między firmami a rodami arystokracji są nowym zjawiskiem. Wcześniej „wojny herbowe” toczyły władze niektórych miast (m.in. Warszawa, Gdańsk), usiłując stworzyć monopol na własne herby po to, by móc udostępniać je odpłatnie. Były nawet pomysły, by w ten sam sposób skomercjalizować nazwy miast (chciał to robić Gdańsk) albo znanych obiektów historycznych (np. Wawel). Ostatecznie pomysły te upadły, choć rejestracja znaków towarowych zawierających herby miast poddana jest szczególnym rygorom. W Urzędzie Patentowym zapewniają, że dotychczas żadna rodzina nie uzyskała jeszcze praw ochronnych do swego herbu. Wniosek Stanisława Lubomirskiego, dotyczący Szreniawy, jest pierwszy. Zapewne też i nie ostatni. Szlachetne urodzenie rośnie bowiem w cenie. W jednej z gazet ukazało się niedawno ogłoszenie „sprzedam tytuł szlachecki”. Właściciel za tytuł i herb żądał – bagatela – 100 tys. zł.

Kto jest właścicielem historii?

Przed sądami, które rozstrzygać będą spory „herbowe”, staje nie lada zadanie. Muszą zdecydować, czyją własnością jest historia i tradycja starych firm: spadkobierców dawnych właścicieli? ich współczesnych kontynuatorów (i to w sytuacji, gdy legalność kontynuacji bywa kwestionowana), a może po prostu są dobrem wspólnym? Podobne pytania dotyczą starych herbów szlacheckich. Ich właściciele zaliczają je do swych dóbr osobistych, traktując je jak nazwisko, wizerunek, podpis. Sądy będą musiały zająć stanowisko, czy herb to pamiątka z dawnej przeszłości, czy wymierne dobro, które również dziś ma konkretnego właściciela. Pojawi się też problem ustalenia osób uprawnionych do dochodzenia roszczeń w sytuacji, gdy heroldie, czyli urzędy rejestrujące osoby mające prawo do posługiwania się określonym herbem, nie istnieją od wielu lat.
NUMER 25/1999 (2198)
Polityka

ADAM GRZESZAK