Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Miasto złotym trunkiem płynące

15.01.2005

Gdańskie browary zniknęły. Bezpowrotnie? Czy smakosze złotego trunku już nigdy nie poczują na swoich ustach specyficznego smaku „Morskiego", „Artusa" czy spirytusowanego „Kapra"? Czy w piwiarniach Oruni i Nowego Portu nigdy już nie zakołyszą kufle pełne „Gdańskiego" z pianką znikającą tak szybko jak pieniądze z kieszeni?
Kilkaset browarów

A kiedyś było tak pięknie. Na początku XVI wieku istniało
w Gdańsku ponad 400 browarów. Gdańska księga adresowa z 1900 r. wymienia 14 istniejących browarów. Jednak kilka lat później zaczął się okres drapieżnego kapitalizmu. Większość małych browarów upadła lub została przejęta przez największy
gdański browar Danziger Aktien Bierbrauerej mający swą siedzibę we Wrzeszczu przy dzisiejszej ulicy Lelewela.
Lista tych małych browarów wygląda imponująco. W centrum Gdańska trudno było omijać chociażby jeden z piwowarskich zakładów. Na dzisiejszej ulicy Korzennej były dwa - Brauerei Kreissig & Eisenhardt i Drewkes Brauerei. Na Rycerskiej kolejne dwa - Brauerei J. Witt i Heinrich Glaubitz Brauerei. Do tego dwa na Ogarnej, jeden na Starowiślnej, jeden na Żabim Kruku, jeden na ulicy Na Piaskach i jeden w Starej Stoczni. Do tego kilka we Wrzeszczu, Oliwie, Nowych Szkotach. Nawet na Biskupiej
Górce stał jeden browar.

Z kapslem z porcelany

Liczba piwowarskich manufaktur szybko jednak się skurczyła. Przed wybuchem II Wojny Światowej istniały w Gdańsku dwa duże browary, wspomniany już DAB z Wrzeszcza i browar Richard Fischer z Nowego Portu. Danziger Aktien Bierbrauerei produkował wiele gatunków piwa. Do najlepszych i najsłynniejszym należały niewątpliwie Bankenbrau , Złoty Artus i słynne piwo jopejskie - Jopenbier.
Browary stosowały kilka sposobów zamykania butelek.
Najstarszym był zwykły korek - rozwiązanie stosunkowo
drogie, częściej stosowano więc porcelanowe kapsle, a w okresie późniejszym również klasyczne kapsle metalowe.

Regatowe z wkładką

A po wojnie znacjonalizowany browar wrzeszczański kontynuował produkcję złotego napoju. Zmienili się klienci, zmieniło się i piwo. Gdańskie piwo na wiele lat zeszło na psy. Sztandarowym okropieństwem rodem z Gdańska były „Regatowe" i „Gdańskie lekkie". To pierwsze charakteryzowało się tym, że wraz z napojem klient otrzymywał zagrychę - w postaci nieokreślonego
pochodzenia substancji pływających w butelce. Czasami te substancje były bardziej określone. Często trafiała się
myszka, karaluch albo kawałek jakiejś szmaty. Dlatego też
polscy piwosze, chyba jako jedyni na świecie, nauczyli się kupując piwo odwracać je kapslem do dołu, by sprawdzić, co
takiego w nim pływa. Niespodzianki nie były mile widziane. Ale piwo było takim rarytasem, że kilka paprochów nie robiło najmniejszego wrażenia. Szczególnie, że piwo nie było pasteryzowane, a trafiało do sklepów po kilku dniach,
więc już na początku swojej drogi do koszyka trąciło,
nomen omen, „myszką".

Tylko nie „żaba"!

„Patrycjusz" z kolei był pierwszym gdańskim piwem, które produkowano w znanych nam dziś półlitrowych butelkach. Z nim też trzeba było uważać i za żadne skarby nie dać sobie
wcisnąć „żaby" - zielonej butelki z prawie przezroczystego
szkła. Piwo z takiego opakowania było koszmarnie kwaśne.
Z nastaniem demokracji nastało też znakomite gdańskie piwo. „Kaper", „Specjał" czy „Artus" były to trunki z wyższej półki. Nawet tradycyjne „Gdańskie" z biegiem lat było coraz lepsze. I wtedy zakończyła się historia gdańskiego browaru. Teraz nie produkuje się w Gdańsku nawet kropli piwa. Koniec kilkuwiekowej tradycji.

Prototyp „Martini"

Nie samym piwem Gdańsk zresztą stał. Słynna wódka
„Goldwasser", stworzona w gorzelni na ulicy Szerokiej, składała się z kilkudziesięciu składników, których
proporcje są do tej pory wielką tajemnicą. Ozdobiona
maluteńkimi płatkami złota wódka do tej pory jest naszym
hitem eksportowym. A w niedalekim Nowym Dworze Gdańskim produkowano wódkę jałowcową - Machandel. Przed wojną
był to bardzo popularny trunek. Piło ją się w bardzo
specyficzny sposób.
Do szerokiego kieliszka z tą wódką wkładało się bowiem... suszoną śliwkę!
Jak pić Machandel tłumaczono przy pomocy specjalnie drukowanych plakatów. Dziś w ten sposób James Bond raczy się
martini z oliwką. I komu przeszkadzało, że mieliśmy swoje piwne i trunkowe tradycje? Czas chyba pomyśleć o reaktywacji
Machandela, piwa jopejskiego. A niech tam! Niech wróci i „Gdańskie"!
Dziennik Bałtycki

Jarosław Popek