Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Małe, dobrze warzone

03.09.2008

Niewielki browar w Konstancinie-Jeziornej wykaraskał się z kłopotów i pokazał, że małe jest piękne. Małe piwo, oczywiście. Dawne budynki Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Konstancinie-Jeziornie. W hali stoją tankofermentatory. Mogą produkować 30 tys. hektolitrów piwa rocznie. Poniekąd zaskoczenie, bo podwarszawska miejscowość kojarzy się z luksusowymi domami, rekordowymi cenami ziemi, odremontowaną papiernią czy z uzdrowiskiem. Ale ma też mały browar, który dobrze rokuje Niewiele brakowało, aby podzielił los innych maluczkich zakładów piwowarskich, które poległy w walce z gigantami rynku. Do 2001 r. sprzedaż jego sztandarowych marek Warszawiak Mocny i Dawne Niepasteryzowane systematycznie rosła. Kolejne lata okazały się mniej łaskawe. Nagłe załamanie sprzedaży na Mazowszu zagroziło egzystencji producenta.

Pomocną dłoń wyciągnęli inżynierowie. Do transakcji doszło w 2007 r., kiedy spółkę od prywatnych inwestorów przejęło Przedsiębiorstwo Budownictwa Lądowego Mazowieckie Mosty. Dawno minęły jednak czasy „po szklanie i na rusztowanie”. Po co więc budowniczym browar?
— Inwestycję traktujemy długoterminowo. Podpatrując zachodnich sąsiadów i ich umiłowanie marek lokalnych, wierzymy, że również do nas trafi moda na lokalne wyroby. Nasze piwo produkujemy sposobem tradycyjnym, a nie przemysłowym. Warzenie trwa 4 tygodnie, a nie 3 dni jak w koncernach. Zakład ma szanse być lokalną perłą, której nie należy się wstydzić — podkreśla Jerzy Kalinowski, prezes Mazowieckich Mostów.
Na wymierne skutki działalności inżynierów nie trzeba było długo czekać.
— Wyniki sprzedaży w siedmiu miesiącach tego roku pokazują, że największy kryzys mamy za sobą. Sprzedaż wzrosła o kilka procent w stosunku do roku ubiegłego. Żeby to uzyskać, zdecydowanie zwiększyliśmy nakłady na marketing — mówi dyrektor generalny browaru Aleksander Wolak.
Nowi udziałowcy włożyli w firmę trochę pieniędzy, bo wierzyli, że nie utopią ich w piwie. Postawili na modernizację. Nowe maszyny zwiększyły moce produkcyjne warzelni z 20 do 30 tys. hektolitrów piwa rocznie.
— Czekają nas jeszcze prace budowlane i inwestycje w nową linię produkcyjną, ale to będzie dużo łatwiejsze, bo mamy doświadczenie w budowaniu — śmieje się Kalinowski.
Ostatecznie Browarowi Konstancin się upiekło i dzięki inżynieryjnej ekwilibrystyce uniknął zimnego prysznica, jaki branży zafundowała konsolidacja rynku.


Lekko nie jest
 

Na rodzimym rynku działa około 55 małych browarów. Z tej grupy 25 ma status lokalnych. 90 proc. ich produkcji trafia do konsumentów z najbliższego otoczenia warzelni. Prognozy rynkowe powinny cieszyć branżę. Dynamika sprzedaży — z roku na rok coraz lepsza — znacznie przekracza średnią europejską. W 2007 r. statystyczny Polak wypijał 93 litry złotego trunku, a prognozy na najbliższe 2-4 lata mówią o dobiciu do setki, ale większość lokalnych browarników z zazdrością spogląda na nielicznych konkurentów, którzy znaleźli sposób na przetrwanie. Sytuacja mniejszych producentów nieustannie się pogarsza, czego wynikiem są mniej lub bardziej spektakularne upadki. Z piwowarskiej mapy Polski zniknęły w ostatnich latach m.in. warzelnie w Lwówku Śląskim, Suwałkach oraz w Zakrzowie.
— Browary małe, typowo lokalne, znajdują się w najgorszej sytuacji, bo mają przestarzały sprzęt, a brakuje im pieniędzy na modernizację, sensowną promocję i reklamę. Trudno im konkurować cenowo z koncernami. W tej grupie w ostatnich latach zamknięto najwięcej zakładów i krew będzie się lała dalej — prognozuje Ziemowit Fałat z portalu Browamator.pl.
Zdaniem Aleksandra Wolaka, małe browary ewidentnie przespały okres konsolidacji rynku.
— Nie poczyniły wymaganych inwestycji w nowoczesne urządzenia do warzenia i rozlewania piwa, ale także w wyposażenie laboratoriów czy w tabor samochodowy. Ponadto wieloma małymi browarami zarządzali i zarządzają zapaleńcy, którzy znają się na produkcji wyśmienitego piwa, ale nie na jego sprzedaży — ubolewa Aleksander Wolak.
Mniejszym browarom brakuje także zdolnej kadry menedżerskiej. Dla niej praca w mniejszym przedsiębiorstwie nie daje wystarczającego prestiżu, a warunki płacowe są gorsze od oferowanych przez koncerny.


Dają radę
 

W grupie małych browarów są jednak rodzynki. Udało im się znaleźć własne nisze i konsekwentnie starają się je zapełnić. W jednym szeregu średniaków z pomysłem obok konstancińskiego browaru stoją m.in. wielkopolska Fortuna czy pomorski Amber. Inwestując w receptury, lepsze surowce, a także produkując mniej znane rodzaje piwa — niefiltrowane, ciemne lub niepasteryzowane — powoli wdzierają się na salony, budując wizerunek swych marek.
— Browar Amber startował od zera w połowie lat 90. Z małego, lokalnego zakładu zmienił się w jeden z najsilniejszych browarów regionalnych. Drogie i elegancko opakowane piwa Żywe, Koźlak i Grand Imperial Porter umacniają wizerunek spółki jako wartościowego browarnika — przekonuje Ziemowit Fałat.
Mimo niepowodzeń maluczcy nie załamują rąk nad tankofermentatorami i warzą dalej. Podkreślają, że na rynku piw specjalnych pozostało sporo miejsca. Chociaż koszt produkcji trunku w mniejszym zakładzie jest dużo wyższy niż w koncernie, bo na surowce, pracę piwowara i rozsądny marketing wydaje się w przeliczeniu na każdy litr piwa znacznie więcej niż w koncernie, to ostatecznie litr piwa z małego browaru sprzedaje się ze znacznie większym zyskiem. Ku uciesze piwowarów konsumenci zaczęli poznawać się na tym co dobre i doceniają nietypowy smak wyrobów z lokalnych warzelni.
Sytuację średnich i małych browarów producenci porównują do gehenny, jaką parę lat temu przeżywali restauratorzy.
— Wtedy Polacy zachłysnęli się kanapkami z McDonaldsa. Fascynacja zaczęła przemijać i powstają restauracje z naszymi potrawami. Powoli rośnie też grono osób poszukujących tradycyjnych wyrobów, a takie właśnie oferują im małe browary — ocenia Aleksander Wolak.
Może więc średnie browary przetrwają kryzys i niedługo spiją pianę z piwa, które same uwarzą.
 

Marta Markiewicz, Puls Biznesu