Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Kult w kuflu

24.06.2004

"Tradycyjny, mocny smak"; "Piwo na bazie wody ze źródeł polskich gór" - tak zachęcają do kupienia złocistego płynu spoty reklamowe i billboardy. W ostatnich latach piwo wypiera z rynku mocne alkohole. "Pijesz pierwsze, drugie piwo, pójdziesz może trochę krzywo, ale po gorzale nie pójdziesz już wcale" - jak mawiał lider Polskiej Partii Przyjaciół Piwa Janusz Rewiński.
Świat się zmienia, podobnie jak polski przemysł piwowarski. Dziś to już nie rozproszone, przeważnie małe browary z przedwojennymi tradycjami, tylko wielkie koncerny browarnicze. Najczęściej z udziałem zagranicznego kapitału, w których jakość złotego płynu powierza się przypadkowym osobom. W dużych browarach nie ma etatu zawodowego degustatora.
Jeden z zagranicznych browarów przegrał proces z byłym "smakowaczem" o przyczynienie się do jego alkoholizmu. Odszkodowanie liczone było w milionach dolarów. Może dlatego teraz o sprawdzanie jakości produktu proszeni są - losowo wybrani - pracownicy różnych działów (z wyłączeniem transportu). Upić się nie sposób. Do szklanki dostają ok. 100 ml, z czego upijają mały łyk. Kolejny - nie wcześniej niż po 20 minutach. W tym czasie do specjalnego arkusza muszą wpisać odczuwalny posmak piwa. Wybór mają szeroki. 170 odcieni smakowych: od trupiego, przez tekturowy, po malinowy. Nawet jeżeli stwierdzą, że
PIWO MA POSMAK TRUPI,
nie trafi do ścieków. Zostanie odpowiednio "pokrojone" - wymieszane w odpowiednich proporcjach z określonym jako pogodne, czy poziomkowe. Ciekawe, czy daliby radę z warzonym na bazie wody morskiej we Francji "Mor braz" (z bretońskiego "Więcej piwa"). Ci, którzy odważyli się go próbować, twierdzą, że mocno trąci śledziem!
O "piwie tekturowym krojonym, mocnym" jednak w reklamach nikt się nie dowie. Prędzej spragniony piwosz, który wypije jeden kufelek w niespełna minutę, dowie się, że np. w tym samym czasie w wielkim znanym browarze wyprodukują ponad 7 tys. litrów piwa.
Marketingowe hasło "długo warzone" wydaje się nie przystawać do rzeczywistości. Słód przemyka z magazynu przez warzelnię w niespełna... 3,5 godziny. Dopiero później zaczynają się trwające 19-24 dni fermentacja i leżakowanie.
Nie wiedzieć czemu o doskonałości wody żywieckiej mają przekonać plenery kręcone w Alpach, zamiast u podnóża Skrzycznego. W niektórych reklamach główną rolę grają dębowe beczki. Nawet gdyby komuś udało się dostać gdzieś tak potężną dębinę (bez sęka!), to i tak byłoby to nieopłacalne. Mówienie o dębowym smaku jest o tyle nadużyciem, że piwo nigdy nie stykałoby się ze ścianą beczki, ale co najwyżej ze specjalną żywicą, zwaną mamutem, którym zabezpieczano wnętrze beczek. Tylko czy kogoś zachęciłoby, gdyby dowiedział się, że jego złocisty płyn nie dojrzewał w beczkach, ale w mogących pomieścić kilkaset tysięcy hektolitrów stalowych tankofermentatorach?
Z wygłupu jednych marketingowców biorą się kolejne. Parę lat temu EB dyskretnie kolportowało pogłoskę, jakoby Żywiec się zepsuł, bo ma fatalną partię drożdży. Długo trwało, zanim w Beskidach opinię - i sprzedaż - poprawiono. Jak teraz tłumaczą, rzeczywiście był problem. Jednak nie z jakością drożdży, ale z partią nowego chmielu z USA. W rewanżu, kilka miesięcy później pocztą pantoflową rozeszła się pogłoska, że EB robione jest z proszku (aluzję do tego widać było nawet w jednym z odcinków "Świata według Kiepskich"). W efekcie wojny PR-owców, dziś wiele reklam piwa zawiera zupełnie niepotrzebny slogan - "robione tylko na tradycyjnych składnikach".
Które piwo smakowało lepiej, to robione dziś, czy to sprzed 48 lat, kiedy zaczynał Pan swoją pracę? - zapytaliśmy przewodnika po browarze w Żywcu. "Wtedy to było piwo z Browaru.
MIAŁO SWOJĄ DUSZĘ"
- odpowiada.
I to właśnie Żywiec, miasto, które każdemu Polakowi skojarzy się z piwem, wybrano na miejsce odbywającej się od 1995 r. Międzynarodowej Giełdy Birofilów. Pomysł Władysława Gawlińskiego i Grzegorza Zwierzyny rozwija się aż miło. Co roku w czerwcu przyjeżdża tu kilka tysięcy osób. I nie ma się co dziwić. Birofil to wszak człowiek totalnie poświęcony, a może raczej żyjący na granicy obłędu. I to nie z powodu nadmiaru spożytego płynu. Dla niego nie ma ceny, której nie zapłaciłby za uzupełnienie zbioru piwnych gadżetów.
Zbierać może wszystko. Etykiety, butelki, kufle, szklanki, puszki czy podstawki - to klasyka, chociaż są też wąskie specjalizacje, np. kolekcjonerzy butelek tylko na korek naturalny. Do tego popielniczki z piwnym logo, breloczki, otwieracze, szklanki, podstawki, pocztówki z widokami browarów, ozdoby nalewaków, pokale, porcelanowe zamknięcia, zapałki, szyldy z browarów, długopisy, pinsy (metalowe znaczki), tace, magnesy, zapalniczki... Jedyne co ich łączy to związek z chmielem, wodą i słodem.
Jeden z wystawców-birofilów pokazał nam ciekawą etykietę Piasta Wrocławskiego. Warta niewiele - oficjalnie 10 groszy, chociaż gotów był oddać ją za darmo, bowiem piwo jest jeszcze w sprzedaży. Za kilkanaście lat być może jej cena wraz z kontretykietą wzrośnie kilkaset razy. W czym tajemnica - w niekompetencji agencji reklamowej organizującej konkurs dla browaru Carlsberg-Okocim. By wygrać samochód, telewizor lub kufel, należy wysłać cztery etykiety lub kapsle (to łatwe), ale i odpowiedzieć na pytanie: "W jakim mieście znajdują się Browary Dolnośląskie Piast?" Są trzy odpowiedzi: a) w Poznaniu, b) we Wrocławiu, c) w Szczecinie. I tutaj dla prawdziwego znawcy piwa zaczyna się problem.
- Piasta Mocnego robią w Szczecinie i Sierpcu. Jasnego butelkują w Okocimiu, a beczkują w Szczecinie. Właściciel browaru, Grupa Carlsberg-Okocim, ma siedzibę w Warszawie, a same Browary Dolnośląskie we Wrocławiu to tylko księgowość. Zresztą, jak nie wierzysz, spójrz na ich stronę internetową - mówi Krzysiek z Krakowa, w etykietkach od 4 lat, w piwie od 18. roku życia.
Browary nie ułatwiają życia filobirystom (zbieracze etykiet) regionalnym. Bo jak zaklasyfikować Tatrę - niby reklamy góralskie, ale piwo produkowane jest w Leżajsku, czeski Zlaty Bazant i niemiecki Dortmunder - też w Leżajsku. Leżajskie Pałacowe - w Elblągu, Tyskie Gronie - w Poznaniu, a bydgoski Kujawiak - w Rakszawie. Nazwy niewiele mają wspólnego z miejscem produkcji. Już niebawem produkcja Królewskiego z browaru przy Grzybowskiej w Warszawie zostanie przeniesiona do Warki. Taka jest polityka koncernów.
"Goście Piasta obficie
ZAPIJALI JEDZENIE BECZUŁKĄ
dobrze sfermentowanego piwa, którego ciągle ubywało" - opisuje Gall Anonim postrzyżyny Siemowita.
Podobno pierwszy wlał piwo do flaszki dziekan katedry św. Pawła w Londynie Aleksander Nowell w 1561 r. Dolny Śląsk jeśli nawet miał opóźnienie, to niewielkie, bo już w 1657 r. rada miejska Lubania uchwaliła zakaz (!) sprzedawania piwa w powszechnie wtedy używanych flaszkach kamionkowych.
Rozkwit techniki piwowarskiej, jak i innych gałęzi przemysłu, przypada na wiek XIX. Wtedy też należy dopatrywać się tego, co birofilistów interesuje najbardziej - pojawienia się etykiet.
Do niedawna za najstarszą znaną polską etykietę uznawane było "Piwo z browaru St. Wysockiego w Jabłonicy Polskiej. Poczta Jasienica, stacya kolejowa Iwonicz". Ponieważ nie było na niej daty, orientacyjnie określano, iż pochodzi z lat 70. XIX wieku. Z całą pewnością z tego okresu pochodzi etykieta z browaru w Ślężanach. Posiada ona datownik - "187..." - i ten właśnie egzemplarz uznaje się za najstarszą polską nalepkę od piwa.
Takie egzemplarze to białe kruki. Etykiet z "Jabłonicy Polskiej" przetrwało ponoć tylko sześć sztuk, których wartość nie jest nawet określona. Częstsze są etykiety z przełomu wieków, m.in. dwujęzyczne, polsko-rosyjskie etykiety z browarów w Warszawie, Lidzie i Sosnowcu, czy nalepki z zaboru austro-węgierskiego, głównie z Okocimia.
Po wojnie znacjonalizowano prawie wszystkie browary i podporządkowano je zjednoczeniu pod nazwą Polski Przemysł Fermentacyjny. Od charakterystycznego znaku etykiety z lat 1945-1950 nazywa się "Pepeefkami". Ze względu na rzadkość występowania w obiegu kolekcjonerskim, większość "Pepeefków" należy do najcenniejszych zdobyczy.
Z lat 1950-1954 pochodzą "standardy" - wszystkie browary posługiwały się tylko trzema wzorami etykiet. Narzucono wówczas centralnie stosowanie trzech podstawowych wzorów etykiet: "Piwo Jasne Zdrój" (tzw. Standard Zdrój), "Piwo Specjalne Słodowe" (tzw. Standard Słodowy) oraz "Piwo Jasne Pełne" (tzw. Standard Zielony). Zdarzają się bardzo rzadkie eksponaty, większość jednak jest możliwa do zdobycia bez większych problemów. Od 1954 r. pojawiają się etykiety indywidualne, oznaczone normą - najpierw branżową (a właściwie resortową) RN-54, a następnie polską normą PN-55 i normami późniejszymi.
Zamiłowanie do piwnych gadżetów to ogromny rynek na świecie. Rekordziści mają w swoich zbiorach tysiące egzemplarzy, których
WARTOŚÄ† IDZIE W MILIONY.
Norweg Jan Solsberg z Oslo zgromadził (do czerwca 1995 r.) 424.868 szt różnych etykiet z piwa z całego świata. Najwięcej puszek po piwie (każda inna) zgromadził William B. Christensen z Madison w stanie New Jersey (USA). Jest właścicielem 75 tys. puszek ze 125 krajów. Peter Brocher z Niemiec posiada zbiór 8131 nie powtarzających się pełnych butelek piwa z 110 krajów. Część zbioru już nie nadaje się do spożycia, ale i tak - pozazdrościć.
Z rodzimych birofilów rekordzistą jest Grzegorz Foryszewski z Białej Podlaskiej, właściciel 70 tys. etykiet. Kolekcje niektórych są niezwykle cenne. Zbiór etykiet z piw wielkopolskich zgromadzony przez człowieka spod Poznania wyceniany jest na milion złotych! Czy to możliwie? W tym roku na żywieckiej giełdzie niespodzianką było Piwo Jasne Lekkie, Browar Parowy i Słodownia St. Danielewicz w Sieradzu z 1935 r.
Właścicielem "Danielewicza z Sieradza" jest Paweł z Warszawy. Opowiada: - Etykietę znaleźliśmy w opuszczonym domu pod Sieradzem na strychu. Mieliśmy cynk, że mieszkał tam kiedyś człowiek, który pracował w browarze. I pojechaliśmy. To był dobry strzał - opowiada.
Właśnie tak najczęściej można trafić na białe kruki. Nie zawsze się kończy sukcesem. - Dowiedzieliśmy się, że na Targówku był kiedyś stary skład browaru. Pojechaliśmy, nie znaleźliśmy. Pod numerem była opuszczona chałupa. Weszliśmy. Omal nie skończyło się linczem. Nagle pojawiła się grupa miejscowych emerytów. Jakoś się wytłumaczyliśmy, ale patrzyli na nas z niedowierzaniem - opowiada Paweł. Potem okazało się, że po wojnie zmieniono numerację. Zmieniono stronę z parzystymi numerami na nieparzyste. Dziś Paweł się z tego śmieje. Piwo Jasne Lekkie, rok 1935, browar Sieradz, miało cenę wyjściową 700 zł. Etykieta poszła za 580 zł.
- W naszym światku chyba nie ma czegoś takiego, jak "mauritius" u filatelistów. Ktoś zbiera tylko etykiety piw, które sam wypił, inny preferuje tylko browary lokalne. Sam sobie wyznaczasz, co może być dla ciebie mauritiusem - twierdzi Piotr Pawłowski z Warszawy.
Na szczęście wśród polskich fanatyków piwa nie ma takiego, jak pewien Belg. By znaleźć się w Księdze Guinnessa, postanowił włożyć palec do butelki z piwem i trzymać go przez 2 miesiące. Cierpliwości wystarczyło mu na 2 tygodnie, ale wciąż chlubi się mianem najlepszego w tej wąskiej (dosłownie) specjalności.
Z tegorocznej giełdy zadowoleni wyjeżdżali wszyscy. I kupujący, i sprzedający. Nie obyło się bez kilku kufelków ze znajomymi. Organizatorzy chcąc zapewnić inne atrakcje, zorganizowali szybki kurs marketingu bezpośredniego pod nazwą "Chwytliwe hasła i slogany reklamowe". I było: "Z dychy nie wydajemy", "Wszystkie portery po cztery" i - o ile czegoś nie pomyliliśmy - "Dwa w jednym w cenie trzech".

Trybuna

ROMAN BRZOZOWSKI, PIOTR OŻADOWICZ