Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Księżna wraca do Żywca

04.05.2001

Arcyksiężna Maria Krystyna Habsburg będzie miała niedługo 80 lat. Pamięć ma jednak fenomenalną. Żywo opowiada o latach dzieciństwa i młodości spędzonych w Żywcu. Tam mieszkali jej rodzice, Alicja Ancarcrona i Karol Olbracht, a także dziadek Karol Stefan (założyciel browaru) z żoną Marią Teresą. Wzruszenie odbiera jej czasami głos.
Do 1993 roku arcyksiężna była bezpaństwowcem. Wtedy ponownie otrzymała polski paszport. Po wojnie, gdy odebrano rodzinie browar i posiadłości żywieckie, władze komunistyczne pozbawiły wszystkich także polskiego obywatelstwa. W czasie wojny żywieccy Habsburgowie byli szykanowani przez Niemców. Nie wyparli się jednak polskości. Karol Olbracht Habsburg nie podpisał volkslisty. Podczas przesłuchań odparł hitlerowcom: „Właściwie należę do narodowości polskiej, jestem tylko niemieckiego pochodzenia. Z żoną Alicją mam wielką sympatię do ziemi żywieckiej i jej mieszkańców. Żona moja i dzieci również czują się Polakami”. Tylko dzięki żonie, która szukała ocalenia dla męża u zaprzyjaźnionych z Habsburgami
rodów hiszpańskich i szwedzkich, Karol Olbracht nie trafił do obozu koncentracyjnego.
Maria Krystyna po raz pierwszy przyjechała do Polski w ubiegłym roku. Wizyta w ojczyźnie była wielkim przeżyciem. Mówi, że kiedy wysiadła z samolotu na Okęciu, chciała ucałować ziemię jak papież.
— Niestety, mam chore stawy i nie mogłam tego zrobić. W Polsce czuję się jak u Pana Boga za piecem. Na obczyźnie zawsze czułam się źle. Tęskniłam do domu. Nie myślałam, że doczekam się wolnej Polski. Szkoda, że rodzice tego nie dożyli...
Mimo szacownego wieku Maria Krystyna Habsburg jest energiczną kobietą. Ubrana skromnie, na czarno, pijąc kawę opowiada o dzieciństwie spędzonym z rodzeństwem w żywieckim Nowym Zamku. Mówi o tym tak, jakby wszystko zdarzyło się wczoraj.
— Wychowywani byliśmy surowo i skromnie. O 6.45 niania wchodziła do pokoju dziecinnego, odsuwała firanki i mówiła, że pora wstawać. Ja się zawsze ociągałam. Po umyciu i ubraniu szliśmy do kaplicy na modlitwę. Potem odbywały się ćwiczenia fizyczne. Najbardziej lubiłam grać w piłkę — wspomina księżna.
Zgodnie z rozkładem dnia po śniadaniu dzieci zaczynały lekcje. Do południa mała Maria odrabiała zadania z dnia poprzedniego. W tym czasie jej brat Karol pobierał nauki pod okiem Stanisława Bracha, ukochanego pedagoga małych Habsburgów.
— Z mojego pokoju był piękny widok na park. Często marzyłam, zamiast myśleć o lekcjach. W południe schodziliśmy do sali jadalnej na obiad. Po południu miałam lekcje z panem Brachem. Uczył wszystkich przedmiotów, z wyjątkiem języków. Jeżeli nie przygotowałam się do lekcji, musiałam za karę siedzieć i uczyć się w czwartek po południu, choć ten dzień mieliśmy wolny od nauki — opowiada.
Dodaje, że brakowało jej koleżanek. Zazdrościła dzieciom, które chodziły do szkoły powszechnej, gdzie ona jedynie zdawała egzaminy. Do dzisiaj w swoim szwajcarskim mieszkaniu w Davos księżna pieczołowicie przechowuje świadectwa z Żywca. Nie ukrywa, że nie jest humanistką. Zawsze wolała przedmioty ścisłe. Do ulubionych należała łacina, zaraz po niej chemia i algebra.
— Gdy miałam lekcje historii albo geografii, często pytałam, czy na deser będzie łacina — podkreśla. Wówczas uczono się głównie na pamięć. Mała Marysia „wykuwała” więc dzieje swojej ojczyzny. Datę 1410, gdy Polacy pobili Krzyżaków pod Grunwaldem, pamięta dobrze. — Z wielkim zapałem czytaliśmy „Krzyżaków” Sienkiewicza. Najbardziej lubię opis bitwy, bo tam Niemcy zostali przez Polaków zbici na kwaśne jabłko. Miałam ulubionego konia na biegunach, który stał w pokoju obok pieca kaflowego. Stwierdziłam, że jest podobny do ulubionej klaczy marszałka Piłsudskiego i nazwałam go „Kasztanka” — opowiada księżna.
Maria Krystyna przyznaje też, że problemy sprawiała jej muzyka. — Mieliśmy wspaniałą nauczycielkę, panią Mazurowską, która martwiła się, jak ja zdam egzamin z tego przedmiotu. Miałam jednak szczęście, bo na egzaminie kazali mi zaśpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”. Poszło mi jak po maśle, byliśmy przecież wychowywani w polskiej atmosferze. W domu mówiło się po polsku. Drugim językiem był angielski — podkreśla.
Gdy wybuchła wojna, do zamku przestali przychodzić nauczyciele. Księżna wspomina pożegnanie ze swoim nauczycielem: — Pan Brach był gruby, dość niskiego wzrostu. Zawsze chodził w kapelusiku, podpierając się laseczką. Staliśmy na podwórzu zamkowym, a on długo trzymał mnie za rękę, powtarzając cały czas „Dzicie drogie”. Czułam, że się ze mną żegna na zawsze. W niedługi czas popełnił samobójstwo. Tak dobiła go informacja o wybuchu wojny. Nie mogliśmy iść na pogrzeb. Miałam wtedy 16 lat i był to dla mnie wielki szok — wspomina ze smutkiem.
W domu Habsburgów panowało absolutne posłuszeństwo.
Podczas posiłków nie wolno było się odzywać. Maria Krystyna wychowana została w szacunku do pieniędzy i drugiego człowieka.
— Co miesiąc dostawaliśmy od ojca po 2 srebrne złote. Każde z nas prowadziło książeczkę, w której zapisywało, na co wydaje pieniądze. Potem przedkładaliśmy ją do akceptacji ojcu. Obok zamku była cukiernia „U Kempysa”. Panience z zamku nie wolno było chodzić samej po mieście, chodziłam więc z przyzwoitką. Szłyśmy do cukierni i kupowałyśmy krówki. Oj, jak ja lubię te cukierki — śmieje się pani Maria.
Zasady wpojone przez rodziców były na tyle istotne, że do dzisiaj zajmuje się działalnością charytatywną. Należy do Zakonu Kawalerów Maltańskich. Pamięta, że jako dzieci z bratem Karolem pomogli biednej rodzinie w Żywcu. — Kilogram mąki kosztował wtedy złotówkę, a koza 12 złotych. Złożyliśmy się więc z bratem i kupiliśmy kozę dla rodziny Kubalańców — przypomina.
Na obiad i kolację wzywał domowników gong. Pierwsza do sali jadalnej schodziła dziatwa. Arcyksiężna Maria Krystyna Habsburg podczas pierwszej wizyty w Polsce w ubiegłym roku z zadowoleniem zobaczyła, że ocalały biało-czarne płyty marmurowe w Nowym Zamku. — Pamiętam, skakałam zawsze po białych. Wyobrażałam sobie, że pod czarnymi mieszka czarownica. Naturalnie młodej pannie nie wolno było tego robić, ale było wesoło. Mój dziadek Karol Stefan wiele podróżował, przywoził meble i broń. Mnie najbardziej interesowała broń, a szczególnie strzały, które dziadek przywiózł z Afryki. Dziadek nie pozwalał jednak ich dotykać, bo na końcu była trucizna — opowiada księżna.
Wspomnienia wróciły, gdy księżna spacerowała po parku okalającym zamek. — Przyznaję, że byłam łobuzem. Mam ukochanego brata przyrodniego, Kazimierza, który ukończył prawo. On miał na końcu zamku swój apartament, z sypialnią i łazienką. Zawsze gdy mieliśmy pauzę, biegliśmy do pokoju Kazia i okładaliśmy go poduszkami. Korciły nas też jego papierosy. Raz porwaliśmy mu jednego i pobiegliśmy na górę, żeby zapalić. To było bardzo niedobre... Pamiętam, raz Kazio wybrał się na przejażdżkę kajakiem po stawie. Gdy wchodził, myśmy go popchnęli i wpadł do wody. Tam był straszny muł. O rany, jak on wyglądał! Nie poskarżył się jednak rodzicom. Jego kamerdyner był bardzo zdziwiony.
Pamięta także, jak kiedyś za nieposłuszeństwo nie wolno jej było zjeść obiadu ze wszystkimi i posadzono w pokoju, gdzie wisiały obrazy przodków. — To był 1930 rok. Stanęłam na pięknej, inkrustowanej skrzyni i szpinakiem posmarowałam buty hiszpańskiemu królowi. Zrobiła się z tego straszna awantura. Zostałam wezwana do gabinetu ojca i dostałam takie lanie, że musiałam siedzieć na poduszce. Od tego czasu z wielkim szacunkiem patrzałam na portret króla Filipa — opowiada ze śmiechem.
Rodzice i rodzeństwo Marii Krystyny uwielbiali konie. Młode księżniczki i ich bracia szkoleni byli do jazdy konnej przez oficerów armii austriackiej. — W siodle trzymaliśmy się jak kadeci. Uczono nas najpierw jazdy na oklep, potem w siodle bez strzemion i ze strzemionami. Mój pierwszy koń był tak spokojny, że mu krowy obgryzały ogon na pastwisku. Jak już umiałam dobrze jeździć i miałam dostać rasowego rumaka, to wybuchła wojna... — mówi księżna z żalem.
Po blisko 60 latach nieobecności w ojczyźnie Maria Krystyna Habsburg zamieszka wkrótce w apartamencie
przygotowanym dla niej przez władze samorządowe Żywca w Nowym Zamku. Do dyspozycji będzie miała 86,5-metrowe mieszkanie, które przekazane zostanie jej bezpłatnie na własność. Cieszy się ogromnie.
— Ocalała apteka Opatrzności Bożej w Żywcu, stoi dzwonnica, a ja przyjmowałam święty sakrament w kaplicy Habsburgów. W parku zobaczyłam, że nadal stoją drewniane mosty zaprojektowane przez moją matkę i chiński domek, na schodach którego siadywałam z rodzeństwem.
Wkrótce księżna odzyska także sapiehówkę, zniszczony budynek nie opodal kościoła Opatrzności Bożej w Białej, gdzie jej dziadek Karol Stefan spotykał się z księciem biskupem Adamem Sapiehą. Księżna nie wie jeszcze co zrobi z budynkiem. Pewna jest, że gdy na stałe wróci do kraju, zajmie się działalnością charytatywną.
Pozostała część jej rodzeństwa, Renata i Karol, przebywają poza granicami Polski. Przyrodni brat Kazimierz żyje w klasztorze w Karkowie.

Maria Krystyna nie traci doskonałego poczucia humoru i mimo szacownego wieku zachowała rewelacyjną pamięć.
Alicja z domu Ancarcrona w rodowych klejnotach, matka Marii Krystyny.
W styczniu 1939 roku Karol Olbracht Habsburg udzielił pożyczki dla lotnictwa polskiego i marynarki wojennej. Na zdjęciu: umundurowany przez niego oddział Korpusu Ochrony Pogranicza.
Dziennik Zachodni

ANNA CHAŁUPSKA