Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Dzień przy pipie

03.12.2001

Osobom nietrzeźwym podajemy wyłącznie rękę.Czeskim politykom Los dał gospody. Tu się robiło politykę, tu łzy rzeźbiły dziurki w białej pianie kufli, ilekroć harmonikarz zagrał "Kde domov muj". I tak jest w Pradze do dziś.
Wiedziony nieomylnym instynktem znalazłem w przewodniku po Pradze pensjonat nad Szarką i już wiedziałem, że gdzie indziej zatrzymać się nie mogę. Pensjonat nazywał się bowiem SODOMA. Właścicielka przybytku o tak smakowitej nazwie, pani Anna Sodomova, serwowała jednak piwo i łoże w sposób tak konwencjonalny, że straszliwe rozczarowanie kazało mi dać dyla już po drugim kuflu.

Było gdzie uciekać i z kogo brać przykład. Dobry wojak Szwejk odwiedził pewnej nocy 28 lokali, choć, co prawda, nigdzie nie zamawiał więcej jak trzy piwa.

No to w drogę, panowie. Już czas. Już otwierają.

Gulasz na palcach

Najpierw trzeba tu zjeść gulasz z knedlikiem bramborowym (ziemniaczanym, bodaj czy nie najlepszym w całej okolicy), a potem opowiedzieć współbiesiadnikom autentyczną historię: otóż właśnie w piwiarni "U Dwou Koczek" grano raz po zamknięciu lokalu ostro w karty, a ponieważ kucharz cyganił, współgracze obcięli mu dłonie i wrzucili do gulaszu. Najlepiej nie podawać, kiedy to było, a podkreślać jedynie smak potrawy i zasłużoną sławę lokalu.

Piwiarnia pod arkadami przy Targu Węglowym jest stara i - mimo niedawnego remontu - omszała. Na dźwięk jej nazwy panowie, osobliwie starsi, oblizują się jak kocury: bo "koczki" to w slangu kokoty (pamiętacie, jak nie lubiła ich nasza pani Dulska?), panienki do tańca, ale już niekoniecznie do różańca. Dziś bywają tu również, jako że nieopodal Targu Węglowego jest ulica U Skorzepki, zwana Uliczką Miłości.

"U Dwou Koczek", choć to samo centrum, turystów stosunkowo niewielu, gra "harmonikarz", na starych ławach jest przytulnie, swojsko i - osobliwie dla nas - idiotycznie tanio (duże piwo w przeliczeniu na polskie 2,40 gr), koleno (golonka) 10 zł. Nad jej smakiem rozpływał się ostatnio (podsłuchałem) sztamgast "Koczek" - wnuk genialnego ilustratora (m.in. "Szwejka") Josefa Lady, nazwanego przez Picassa najwybitniejszym współczesnym grafikiem Europy.

Cud kotleta w ziemniaczanej panierce

Porzućcie nadzieję wszyscy, którzy w południe biegniecie z Malej Strany przez most Karola, by jak najprędzej zamówić pilsnera U ZLATEHO TYGRA przy ul. Husovej. Kultową (zwłaszcza dla miłośników Hrabala) piwiarnię otwierają teraz dopiero od 15.00. Dlaczego? Może lawina turystów była tak ogromna, że stare sztamgasty (stali goście) nie wytrzymały tej profanacji?

Po południu zaś większość miejsc jest zarezerwowana dla swoich, można co najwyżej przebić się przez tłumek przy drzwiach, przełknąć ze wzruszenia ślinę patrząc na miejsce (na ścianie jest foto), gdzie pijał i gawędził z przyjacielem - kelnerem "bożek Tygra, anioł Tygra, patron Tygra" Bohumil Hrabal i gdzie kotlet wieprzowy w panierce ziemniaczanej pochłonął w 1993 r. Bill Clinton w towarzystwie Vaclava Havla. Kucharz musiał być z Hradczan, gdyż jedzenie "U Zlateho Tygra" było i jest raczej nikczemne, no, ale tu się przychodzi głównie na piwo.

…a przy trzecim kuflu prezydent USA załatwił u prezydenta Czech zgodę na dalsze przebywanie na nadwełtawskim cokole komunisty jak rydz, Jana Szvermy, u którego rodziny Clinton mieszkał jako student w Pradze w 1969 r. Starego Szvermę pozostawiono w spokoju aż do cygarowej afery z Moniką Lewinsky, kiedy to pozycja Clintona zaczęła słabnąć.

Kiedyś, w XIX w. - o czym wiedzieć wypada, ale pamiętać się nie musi - słynna piwiarnia spełniała funkcję miejskiej czytelni. Do lektury podawano w kamiennych kuflach dobrze schłodzony pilsner.

Kiedy z pipy budvar bucha

Mówią, że Na Perstynie 7, w starej jak grzech (założonej w końcu XIV w) piwiarni "U Medvidku" (nazwa pojawiła się już w roku 1522) rozsiadła się dzisiaj ukraińska mafia. Czort z nią. W tłumie nie rozpoznasz, kto skąd, a piwo łączy wszystkich. Lokal leży na piwnym szlaku, tuż koło alei Narodowej, funkcjonuje od 1466 r. Kiedyś był handlowym zapleczem sąsiedniego browaru, dziś podaje się tu budvar, a opróżnione przez browar miejsce wykorzystano w XIX w. dla pierwszego czeskiego kabaretu. Dziś w wielkich piwnicach piwiarni do trzeciej rano rżnie kapela ludowa, budvar bucha z kilkunastu pip, hasłem obowiązującym w całym lokalu jest "Po nas choćby potop" i nie miejsce tu dla frustratów, takich jak ci z XIX w. piszący na ścianach "Medvidka" epitafia:

Tu leży moja żona… Leż sobie, leż.

Nareszcie masz święty spokój. I ja też.

Dziś obowiązuje Na Perstynie, osobliwie nad ranem, inna filozofia życiowa, inne skrzętnie zapisywane złote myśli:

Tu do nas, bracie, nie chodź nigdy z żoną.

Chyba że masz ją już tak wyćwiczoną,

Że kiedy ujrzy, iż masz minę krzywą

Sama ci powie: dej se jeszcze piwo!

Bracia, trzeba się odchamić!

Kawiarnię "Slavia" - wielki lokal na samym końcu alei Narodowej, naprzeciw Teatru Narodowego z pięknym widokiem na most Karola i lewobrzeżne wzgórza Wełtawy. Atmosfera taka bardziej sztywna, mało fraternizacji, dużo dam w wieku postbalzakowskim. Piwo jak na Pragę drogie (2,60 zł), ale kto wie? Może z tego samego kufla pija przychodzący do "Slavii" "dla zregenerowania sił i koncepcji" (informacja z menu) Vaclav Havel albo któryś z luminarzy życia artystycznego i naukowego stolicy? Kawiarnia (portier mówił tu kiedyś ośmioma językami) była ongi miejscem, gdzie agenci teatralni podpisywali przed sezonem umowy z aktorami; potem pijała tu czeska moderna (na ścianie ocalał obraz Viktora Olivy, przedstawiający nieszczęśnika, pijącego absynt; nieszczęśnika, bo czeski, obecnie mocno reklamowany absynt jest czymś arcypaskudnym). Ten sam Oliva genialny projekt plakatu "Kleiciel ogłoszeń" namalował w "Slavii" na marmurowym blacie stołu, który trzeba było taszczyć do drukarni…

W rogu, gdzie dziś niewielkie podwyższenie, przed pierwszą wojną śpiewał piosenki przedmieścia poeta Josef Palivec. Ten sam, od którego Jarosław Haszek "pożyczył" sobie nazwisko właściciela lokalu, w którym muchy spostponowały portret Najjaśniejszego Pana.

W latach pięćdziesiątych zaglądał do "Slavii" zawsze elegancki Milan Kundera; przy stoliku w rogu wiersze pisał przyszły noblista Jarosław Seifert. W literackiej kawiarni lądowali na późnowieczornej kawie wracający z Malej Strany z winiarni "U Bonaparta" sygnatariusze "Karty 77", przyszli ministrowie, ambasadorzy, dyrektorzy departamentów. Siedzą tu do dziś. Wyrzucają ich, podobnie jak pozostałych gości, o północy. Na szczęście wszędzie stąd blisko.

Łzy w piwnej pianie, czyli syn Kalego

Przed dziesięcioma laty zjawił się w odzyskanym lokalu "U Fleku" stary właściciel tej legendarnej piwiarni. Personel przywitał go gromkim - hurrra! i machaniem ściereczkami, po czym wrócił do swoich zajęć. Miał ich piekielnie dużo - "U Fleku" zawsze, od powstania (1499), ciżbi się tłum.

Czeskim dzieciom tłumaczy pani w szkole: Polacy mieli swe szlacheckie dwory, Niemcy i Francuzi salony pałaców, czeskim politykom Los dał do dyspozycji tylko gospody. Tu się robiło politykę, tu łzy rzeźbiły dziurki w białej pianie kufli, ilekroć harmonikarz zagrał "Kde domov muj".Tu się robiło rewolucję, redagowało gazety, decydowało o awansach, dogadywało mariaże dzieci. Tak było w Czechach zawsze, tak jest nadal i tak będzie, choćby - co nie jest wykluczone - pojawiły się piwiarnie internetowe.

"U Fleku" wąsy po kolejnych kuflach warzonego na miejscu 13-proc. czarnego "flekowskiego leżaka" ocierali w ostatnich 250 latach wszyscy - wszyscy! - czescy mężowie stanu, dziennikarze, biznesmeni.

Obecny premier Milosz Zeman w czasie rozmowy ze swym odpowiednikiem z Bratysławy przypomniał sobie smak tego trunku i oświadczył, iż piwo słowackie nadaje się wyłącznie do płukania protez zębowych…

Ślad polski: na początku XX w. kelnerem "U Fleku" był Murzyn Krystian, syn Kalego - tego z "Pustyni i w puszczy". Ślad haszkowski: chadzał tu na piwo opóźniony w rozwoju Pepik, który ochoczo podskakiwał na każde wezwanie gości: Pepiku, skocz no!

I za czasów "totality", i obecnie, po reprywatyzacji, o miejsce "U Fleku" trzeba walczyć. Warunkiem otrzymania kufla piwa jest zamówienie dodatkowo kieliszka ciepłej becherovki. Menu to samo, co w każdej czeskiej restauracji: polędwica na śmietanie, kaczka, odsmażany kotlet, gulasz. Ale leżak jest zawsze wspaniały, ale sale i ogródki (1200 osób) pękają od muzyki i śpiewów. Tragiczny jest natomiast ostatni program kabaretu "U Fleku": ośmiorzędny iluzjonista plus trzeciorzędni aktorzy plus całkowita pogarda dla całkowicie rozczarowanej sali. Dajmy stąd, z ulicy Krzemencovej, dyla gdzieś dalej.

Piwo z rumem - to je ono!

Najlepiej na Jilską, do "U Vejodu". Kiedyś przed pół tysiącem lat był tu piwowar, jeden z tych, dzięki którym miasto od miedzianych, lśniących, bogatych dachów zwano "Złotą Pragą". Stara uliczka, stary dom, stary lokal. Taki, jakich szukamy w Pradze. W grudniu 1920 r. przywlókł się tu na Wigilię sponiewierany przez los i alkohol, świeżo przybyły z Krainy Bolszewików Jarosław Haszek. Szybko odzyskał siły i humor, bo tu inaczej nie można. Dziś w starej knajpce nawet obecne gdzieniegdzie szkło i nikiel wyglądają ciepło, zapraszając do piwa z rumem, którą to mieszankę z duszy, serca - rekomenduję.

NAJPOKORNIEJ UPRASZAM WSZYSTKICH ZNAKOMITYCH CZESKICH POLITYKÓW, ARTYSTÓW I DZIENNIKARZY, BY PRZEZ WZGLĄD NA MOJE WIELOLETNIE, CZĘSTO TRAGICZNE DOŚWIADCZENIA, PŁACILI Z GÓRY

Ta gorzka jak wyrzut sumienia tabliczka wisi na drzwiach gospody "U Kalicha". Firma należy do dwu braci ("Töpfer&Bratr"), z których jeden jest bardzo popularnym aktorem, drugi gastronomikiem z gatunku genialnych. W przeciągu sześciu lat od odzyskania kamienicy Na Boisku i wejścia w posiadanie najsławniejszej piwiarni świata (wraz z obsranym ongi przez muchy portretem cesarza Franciszka Józefa), sprawili, że dobrze się tu czuje i rodzony prażanin i obywatel Japonii, i zwykły turysta, i - bo ja wiem? - prezydent. Najmniej jest obywateli czeskich: piwo "U Kalicha" (kiedyś wielkopopowickie, dziś pilsner) jest - w przeliczeniu na polskie - tylko o 60 gr tańsze niż to sprzedawane przez naciągaczy przy moście Karola: w grudniu 2001 r. kosztowało 5,20 gr. Za gulasz, niech tam pan Bóg Töpferom odpuści, trzeba zapłacić 16 zł. - Nie wejdę tam dla zasady - mawia jeden z moich czeskich znajomych. - Niech naciągają was.

Nas te ceny na kolana nie rzucają. Polacy są więc - powtarzam słowa właścicieli - najbardziej oczekiwanymi gośćmi "Kalicha", jedynego w Pradze lokalu, gdzie otrzymamy menu po polsku. Polecam zwłaszcza pyszną kaczkę (32 zł).

Piwiarnia liczy sobie 110 lat, była kiedyś - sam pamiętam - małym "punktem sprzedaży piwa z beczki". Zrobiono z tego przedsionka niebios atrakcję turystyczną, pełną od rana do nocy i przynoszącą - słuchajcie, słuchajcie! - kolosalny deficyt. Do dziś z tamtych czasów ocalał słynny portret, ciężkie, drewniane meble i grająca szafa. Wieczorami gra przyodziana w austriackie mundury harmonia i trąba, huczą wrzaski, śpiewy, bywają i tańce na stołach. Aliści koło dziewiątej - dziesiątej wrzask cichnie, autokary rozwożą klientów po hotelach. Wtedy z ciągnącej od placu Karola mgły wynurzają się szeregowcy: piechur Szwejk i saper Vodiczka. Siadają w kącie koło szynkwasu i plotkują zaciekle: o cesarzu, który podobno jest tak zniedołężniały, że go nie wypuszczają z wychodka, boby zanieczyścił cały Schönbrunn; o właścicielu gospody na Vinohradach panu Rampie, który - ilekroć ktoś chciał u niego pić na kredyt - odpowiadał, że przychodzą na człowieka takie chwile, iż się robi głuchy jak pień; i o wielu innych rzeczach. Na ścianie, nad głowami zacnych żołnierzy widnieje wyraźny napis: "Człowiek myśli, że jest gigantem, a jest gównem".

Kiedy przychodzić do pracy

Piwem tryskającym z większości praskich pip jest pilsner. Kto chce w jednym miejscu i o jednej dobie przekonać się, jak ogromne są możliwości ziem czeskich, niech zajrzy na ul. Jeczną, gdzie przed trzema laty otwarto "Pivovarsky Dum". Jest to minibrowar, warzący - prócz klasycznych gatunków piwa ciemnego i jasnego - również siedem gatunków innych: pszeniczne, kawowe, wiśniowe itd. Poprośmy o "piwny sekt" zwany tu "Szamp". Będzie smakować, choć oczywiście tylko na zasadzie ciekawostki, bo prawdziwy piwosz długo na tym nie pojedzie. Ale spróbować warto, podobnie jak warto przestrzegać panującej w "Pivovarskym Dumu" zasady: Do pracy możesz przychodzić, kiedy chcesz, do nas - jak najwcześniej.

Panie ministrze, jeszcze jedno?

A teraz, przezwyciężywszy okrutną ochotę pozostania w "hospudkach" Starego i Nowego Miasta, przeprawmy się mostem Karola na Malą Stranę, pokonajmy Zameckie Schody, przebiegnijmy przez puste wieczorem (ale dostępne dla zwiedzających) dziedzińce Hradczan - i już możemy zamawiać ciemne kruszovickie w dwuizbowej, dwustuletniej piwiarni "U Czerneho Vola", naprzeciw Pałacu Czerninów, siedziby czeskiego MSZ. W dzień przy drewnianych stołach albo i wprost przy szynkwasie krzepią się tu piwem wyżsi urzędnicy ministerstwa, pan minister i jego wice-. Wieczorem jest tu spokojniej: trochę stałych mieszkańców hradczańskiego wzgórza, trochę turystów - tych wiedzących, że Hradczany najpiękniejsze są w nocy. Mój Boże, jak wtedy "U Czerneho Vola" smakuje piwo…

Wałęsa, Havel, Szwejk i Glasgow Rangers

A teraz cofnijmy się do jesieni 1914 r., kiedy to w maleńkiej piwiarni przy zbiegającej stromo z Hradczan ul. Nerudovej zasiadł przy piwie żołnierz (Szwejk) i cywil (pan Blahnik), by wspólnie omówić kradzież pewnego psa. Piwiarnia nazywała się - i nazywa dalej - "U Kocoura".

Jak każdy pobożny muzułmanin musi choć raz w życiu udać się do Mekki, tak każdy szwejkolog zobowiązany jest do wizyty w tym małym, zawsze mimo częstych remontów trochę brudnym, trzyklitkowym lokalu, choć kuchnia, prawdę powiedziawszy, żadna, a obsługa ponura niczym noc listopadowa. Ale to miejsce!… Ta legenda!… Ten pilsner (2,30 zł) wg powszechnej opinii najlepszy (najlepiej schłodzony?) w Pradze!

To właśnie do Kocoura zaprosił w 1991 r. - za zgodą Danuśki - Lecha Wałęsę Vaclav Havel. Piwiarnię wypełniał zbity tłum przybyłych do Pragi za swą drużyną kibiców Glasgow Rengers. Obaj prezydenci z trudem dopchali się do zalanego piwem szynkwasu, z trudem (falująca ciżba) dopili kufle i dali tyły na pobliskie Hradczany, do małżonek… Ha, może by ta i dali sobie jeszcze po jednym "pullitrze", ale była już jedenasta wieczór, więc obsługujący pipę pan "vyczepni", zgodnie z odwiecznym zwyczajem, nakrył swoje narzędzie pracy ścierką: Kończymy, panowie, zapraszamy na jutro!

My też. Mamy dość. Żegna nas tabliczka:

OSOBOM NIETRZEŹWYM PODAJEMY WYŁĄCZNIE RĘKĘ!

Przekrój

LESZEK MAZAN