Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Czarnego Barkasa moc

25.08.2006

Czy mały lokalny browar może być cierniem w oku wielkiego koncernu? Tenw Braniewie działa raptem od kilku tygodni, ale już zdążył nawarzyć niezłego piwa.
Przypadek. Gość w pociągu do Kartuz pił piwo. Dziwne jakieś, w półlitrowej butelce z czarną etykietą. Barkas. Nazwa niby znajoma. Burza mózgu. Jasne, z browaru w Braniewie. Ale zaraz, od kilku lat tego browaru już nie ma. Zniknął wraz z elbląskim EB. Ki czort? Ze stacji pędem do najbliższego sklepu. W lodówce Barkas obok Żywca. Na butelce jak byk: Browar Braniewski. Reaktywacja? A to ciekawe. Samo piwo też. Jasne pełne, o słomkowej barwie i charakterystycznym chmielowym zapachu. Do tego mocne w smaku, ale nie spirytusowane, jak piwa wielkich browarów.
Da się pić. I w tym problem.
Dwóch na trzech ekonomistów powie, że przed małymi browarami, zwłaszcza takimi, w których piwo warzy się jak przed laty, w otwartych kadziach fermentacyjnych i wedle starych receptur, przyszłość nie jest różowa. Takich browarów jest już coraz mniej. Częściej słyszy się, że któryś zbankrutował, niż że powstał nowy. Dlatego właśnie jedziemy do Braniewa.
Tutejszy browar miał produkować jedynie wodę sodową. Nagle w
okolicznych sklepach pojawił się Barkas. Czyżby ekonomiści się pomylili? Ciekawi nas coś jeszcze: jak wygląda mały browar od kuchni, zwłaszcza taki, który wychodzi na
swoje.

Tylko nie sennie

Braniewo, małe miasto, a w nim mały browar. Pytamy o drogę. Młody jegomość zatopiony w poweekendowej melancholii zapewne nie wie, że jest już poniedziałek, ale drogę do browaru tłumaczy jakby czytał z kartki. Po chwili jest.
Wpierw zgrabny, neoklasycystyczny budynek, chwilę później żółte dachy hal produkcyjnych obłożonych zielonymi skrzynkami z napisem Bran.
Wcale nie taki mały ten Browar Braniewski. W porównaniu z innymi, jakie widzieliśmy, choćby w Czarnkowie pod Poznaniem, to mała fabryka. Ale czy lokalny musi być od razu mały i siermiężny? Zaskoczenie kolejne. Mimo wczesnej pory, u prezesa wrze jak w ulu. Telefony, jeden za drugim, co chwila trzaskają drzwi, ktoś wchodzi i wychodzi. Gwar. Najczęściej pada słowo „prawnicy". Chyba jesteśmy nie w porę.
— Rzeczywiście, czas jest gorący. Działamy raptem od kilku tygodni, ale zdążyliśmy już nawarzyć niezłego piwa — tłumaczy nieco tajemniczo Robert Zygo, dyrektor ds. produkcji.
— Dosłownie czy w przenośni? — drążę temat.
— Szef powie panu więcej.
Tyle że właściciel Andrzej Konończuk na razie zajęty. Robert Zygo ciągnie mnie więc na produkcję. Tu jest w swoim żywiole. Zaglądamy w każdy zakamarek, każdy kąt — opowiada o każdej mijanej maszynie i rurce, do czego służy, co z czym łączy. Widać, że pasjonat.
W starym budynku browaru, w wysokiej jak sala gimnastyczna warzelni, echo niesie niczym w górskiej dolinie. To serce browaru.

Dusza z komputerem

— Niegdyś piwo warzył tu Żywiec, ale po decyzji o zamknięciu browaru niemal cały park maszynowy wywieziono
— łącznie z wyposażeniem warzelni. Zostały puste mury. To, co pan tu widzi obecnie — śrutownik czy kocioł warzelniany — to wyposażenie na miarę najlepszych standardów światowych. Taką warzelnię mają tylko wielkie browary, z małych
tylko my i... — zapewnia Zygo.
Robi wrażenie. Choć gdzieś tam w sercu pozostaje jednak żal za kamiennymi kadziami fermentacyjnymi czy miedzianymi kotłami na zacier, jakie widziałem w kilku małych
browarach, a które nadawały swoistego czaru warzeniu piwa.
Wszystko się zmienia, jedynie proces warzenia jest ten sam.
— Ześrutowany słód jest mielony razem z wodą w określonej temperaturze. Ze śrutownika trafia do kadzi zaciernej. Zaciera się po to, żeby skrobia rozłożyła się na cukry
i dekstryny. Podczas zacierania powstaje brzeczka, która wlewana jest do kadzi filtracyjnej, gdzie następuje
oddzielenie brzeczki od wysłodzin. Oczyszczona brzeczka trafia do kotła warzelnianego. Trwa gotowanie. Brzeczka wzbogaca się o goryczkowe i aromatyczne składniki chmielu. Później trafia do kadzi osadowej, w której usuwa się gorący
osad białkowy. Po oddzieleniu osadu następuje chłodzenie
brzeczki do temperatury, w jakiej pracują drożdże. Do procesu fermentacji używamy drożdży, które są dla nas specjalnie przygotowywane w duńskim Banku Drożdży. Po co drożdże? Aby brzeczka stała się piwem — znajdujące się w
niej cukry muszą zostać przetworzone przez enzymy drożdży w alkohol i dwutlenek węgla. Rocznie nasz browar jest w stanie uwarzyć l mln hektolitrów piwa — opowiada Zygo.
Piwosze twierdzą, że najlepsze piwo to warzone „z duszą" przez człowieka, a nie komputer jak w dużych fabrykach. Tymczasem w braniewskim browarze piwo produkują także komputery. Więc gdzie ta dusza?
— Nasz Barkas ma duszę, a że w jego warzeniu pomaga komputer? Kieruje automatycznym sterowaniem doboru odpowiedniej ilości słodu czy też kontroluje utrzymywanie
odpowiedniej temperatury. Nie ma w tym nic złego, komputer jest bardziej precyzyjny i nie męczy się. Ale to człowiek decyduje, co ma robić komputer — tłumaczy Zygo.

Metoda chłopska

Czyli jednak nastał koniec ery romantycznych browarów, jak choćby Jurand czy Czarnków?
— Chyba tak... Komputer pomaga utrzymać jakość piwa. Kiedyś,
na przykład, żeby zbadać stężenie brzeczki, wylewano ją na specjalną drewnianą ławę, a warzelniani nachylali się nad nią w skórzanych fartuchach. Jeżeli brzeczka przykleiła
się do nich, to znaczy, że stężenie jest w sam raz. Albo mycie kadzi fermentacyjnych. Robiono to ręcznie - teraz jest również sterowane komputerowo. I niemożliwe jest pozostawienie w nich jakichkolwiek nieczystości. Komputer czuwa! — zapewnia szef produkcji.
W czym więc tkwi tajemnica piwa? Co tworzy jego niepowtarzalny smak?
— Składniki. Wyłącznie naturalne: woda, słód, drożdże i chmiel. Wodę mamy własną, o wyjątkowym smaku. Drożdże tak samo. Chmiel też najlepszy, bo z Lublina. Te cztery składniki nam wystarczają, żeby warzyć dobre Jasne i naturalnie mocne piwo. Więcej nic nie trzeba — podkreśla Zygo.
Długo jeszcze zaglądamy w różne zakamarki małego browaru. A
to co? Na murze jednego z budynków widać postać na tle kufla z piwem. To jeden z byłych prezesów browaru. Tyle że bez bródki.
W końcu trafiamy do laboratorium. Niby nic ciekawego, a jednak. W jednym z pomieszczeń stoją dwa rzędy szczelnie odgrodzonych od siebie biurek. Cóż to takiego? Pokój zwierzeń?
— To pokój degustacyjny. Tu specjalni pracownicy degustują piwo — po leżakowaniu, przed i po filtracji oraz produkt finalny. Mamy pięciu etatowych degustatorów i pięciu
amatorów — tłumaczy Zygo, wskazując przy tym na półki z butelkami Barkasa, Na każdej inna data. Taki degustator
to ciekawa fucha. Musi kochać swoją robotę...
— A ta maszyna określa trwałość piwa — mówi Zygo, pokazując coś, co przypomina lodówkę. W niej piwo z każdej partii przez pięć dni poddawane jest szokowi termicznemu. Wchodzimy do „pokoju trwałościowego". Jak w sklepie — rzędy
półek, a na nich butelki z piwem. Na każdej karteczka z datą.
— To metoda chłopska — żartuje Zygo.
— Butelki z piwem stawiamy na półce i co dwa tygodnie patrzymy, co się z nim dzieje. I tak przez 6 miesięcy. Jeżeli któraś butelka nas niepokoi, oznacza to, że i z piwem
z tej partii na sklepowej półce też może być coś nie tak Wtedy handlowcy je sprawdzają — twierdzi. Słowem, symulowana półka sklepowa.

Woda zamiast piwa

Browar w Braniewie to nie przypadek. Tu piwo warzy się od XVI wieku. Obecny browar założył w 1854 roku kupiec Karol de Roy. Wstawił maszyny parowe, a nad bramą powiesił szyld: browar Braniewski, spółka akcyjna. Przez długi czas tutejsze
piwo słynęło z jakości, duża część produkcji płynęła do Szwecji. Aż przyszli czerwonoarmiści — którzy do piwa mieli stosunek bardziej ambiwalentny niż do gorzałki — i zburzyli browar. Przez dwadzieścia lat ruiny zarastały zielskiem.
Warzenie wznowiono w 1965 roku. W 1991 roku z połączenia browarów w Braniewie i pobliskim Elblągu powstał Elbrewery Company Ltd. (spółka joint venture z udziałem kapitału australijskiego). W Braniewie warzono odtąd piwa EB, Specjał i Grolsch. Jeszcze w 1994 roku tutejszy browar uchodził za najnowocześniejszy w Polsce — produkował milion hektolitrów piwa EB rocznie i zatrudniał 200 osób. Problemy zaczęły się cztery lata później, gdy doszło do fuzji EB i Żywca. Powstała Grupa Żywiec, w której zabrakło miejsca
dla Braniewa. W 2003 roku browar został zamknięty i sprzedany firmie Dr Witt, która miała zakaz produkowania w Braniewie piwa. Odtąd miały tu powstawać co najwyżej soki i tanie wina, ale i tak skończyło się na wodzie sodowej.
Wkrótce Dr Witt odszedł z Braniewa, a dawny browar przez jakiś czas stał opuszczony. Do niedawna.

Sprawa dla sądu

Rok temu zainteresował się nim Andrzej Konończuk, jeden z lokalnych przedsiębiorców z Elbląga, właściciel terminalu spedycyjnego w Braniewie, największego przy wschodniej granicy. Piwo warzy od końca maja tego roku. Dlaczego zaryzykował wskrzeszenie upadłego browaru?
— Browar w Braniewie został zamknięty z powodu nierentowności, ale ja uważałem, że to niemożliwe. Jak taki browar może być nierentowny? Trzeba być imbecylem, żeby
stracić na piwie. Była możliwość reaktywowania go, więc pomyślałem — czemu nie? Browar był prawie całkowicie pozbawiony podstawowych urządzeń i przede wszystkim
serca — warzelni. Postawiłem go na nogi i warzę Barkasa — opowiada Andrzej Konończuk.
Brzmi romantycznie. Ale w browarze sielanka nie trwała długo. Z gabinetu prezesa dobiegają burzliwe słowa: ktoś mówi o naruszeniu ustawy o konkurencji, ktoś o podobnych
etykietach, podrobionej akcji promocyjnej. Ciekawe...
— Browaru w Braniewie miało nie być — mówi Anna Stępień, dyrektor ds. marketingu i public relations.
Dlaczego? Nie chce mówić, twierdzi, że o konkurencji można
mówić dobrze albo wcale. Więc nie mówi już nic. W końcu wychodzi szydło z worka. Niedługo po tym, jak na rynek
trafił Barkas, Grupa Żywiec wystąpiła do sądu przeciw małemu browarowi. Zarzuciła mu kopiowanie swoich akcji promocyjnych, plakatów, parasoli, gadżetów... I to, że
etykieta Barkasa jest zbyt podobna do żywieckiego Specjala, który przed laty koncern produkował właśnie w Braniewie.
Pamiętam, że jadąc tu widzieliśmy w jakiejś knajpce parasole Żywca i Barkasa — jedne są żółte, drugie czarne. Ale etykiety obu piw rzeczywiście niewiele się różnią. Plagiat? To sprawa dla sądu. Podobną etykietę do Barkasa i Specjala ma kilka innych piw, choćby Pilzner Elbląski
z browaru w Jabłonowie. Ponoć robiła ją nawet ta sama agencja, która projektowała etykietę Specjala. Dziwna sprawa, dziwny spór...
- To prawda, Żywiec zarzucił nam, że etykieta Barkasa może
wprowadzać klientów w błąd. Niesłusznie. Mimo to — by uniknąć sporu — zaproponowaliśmy jej zmianę. Jesteśmy lokalnym browarem i na razie chcemy sprzedawać Barkasa w naszej części kraju. A na rynku jest miejsce dla różnych
graczy... — dziwi się Anna Stępień.

Proca Dawida?

No właśnie, o co tak naprawdę chodzi? To tajemnica poliszynela: Polacy uwielbiają piwa lokalne, bo ich smak jest jedyny w swoim rodzaju. Nie bez powodu lokalne hipermarkety nie żądają opłat półkowych za sprzedaż Barkasa. Po prostu chcą go mieć. Warzenie piwa to przecież
gotowanie, a każdy kucharz ma swoją niepowtarzalną recepturę. Dla dużego browaru lokalna konkurencja może więc być bolesna. Paradoksalnie niedawno Grupa Żywiec oceniła działanie braniewskiego browaru za nieopłacalne. Dziś walczy z nim o rynek.
— Żywiec po prostu boi się naszego piwa, które jest dużo lepsze — zauważa Andrzej Konończuk.
— Nie zamierza pan ustępować pola Goliatowi?
— Czemu mam to robić, skoro mam dobre piwo? — pyta.
Zapowiada się więc piwna wojna. Tylko kogo z kim? Żywiec zatrudnia 5,5 tyś. osób i sprzedaje 10 mln hektolitrów piwa rocznie, a 200 tys. hektolitrów lokalnego Barkasa warzy raptem 130 osób. I to dopiero od kilku tygodni. Za dwa tygodnie na rynek wejdzie nowa marka piwa z Braniewa.
Na nasz nos — to strzał w dziesiątkę — ale na razie tajemnica.
— A zimą namieszamy w górach. Wszyscy się zdziwią i to mocno — zapowiada jeden z pracowników browaru.
Oby tylko dzielny browar do tego czasu jeszcze warzył piwo...
Puls Biznesu

Jacek Konikowski