Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

BrowArmia - Bractwo degustuje

18.10.2005

Po zamknięciu Somy, pierwszego browaru restauracyjnego, Warszawa na jakiś czas została pozbawiona lokali tego typu. Nic więc dziwnego, że wybredni warszawscy piwosze ucieszyli się z planów założenia BrowArmii, która powstała w doskonałej lokalizacji, na rogu Krakowskiego Przedmieścia oraz Królewskiej, w budynku dawnego kasyna wojskowego.
Z początku można było mówić o okresie rozruchu, ponieważ właściciele nie chcieli czekać z otwarciem aż doleżakuje własne piwo i serwowali trunki z zaprzyjaźnionego browaru niemieckiego. Wreszcie nadszedł jednak dzień, w którym BrowArmia mogła pochwalić się piwoszom wyrobami z własnego warzenia.
Od dłuższego czasu na forum browar.biz czytywałem pochlebne recenzje lokalu oraz serwowanych tam piw, tak więc niecierpliwie oczekiwałem możliwości degustacji. Wreszcie 9 października miałem okazję odwiedzić BrowArmię. Słyszałem kilka negatywnych opinii mówiących o zagadkowej polityce selekcjonerskiej lokalu – że preferuje się gości w garniturach, że nie wpuszcza się klientów tłumacząc się rezerwacjami, nawet gdy ewidentnie widać wolne miejsca. Z tego powodu dokonałem rezerwacji telefonicznej, choć w garnitur się nie wbijałem. Przy wejściu faktycznie stoi straż, starannie sprawdzająca czy jest rezerwacja i być może selekcjonująca pozostałych. Nie mogę tego potwierdzić z własnych doświadczeń, ale jeśli faktycznie tak jest, to nie wróży dobrze BrowArmii – jeśli zbyt wiele osób będzie odprawianych z kwitkiem, browar może zyskać etykietkę lokalu dla snobów, a przecież lepiej postawić na zwykłych piwoszy, którzy potrafią dochować wierności lubianemu lokalowi, zwłaszcza że zasługuje na to serwowane w środku piwo. Dużym błędem jest też płatna szatnia. Wymóg płacenia za przechowanie okrycia w lokalu tej klasy jest, delikatnie mówiąc, nietaktem.
Po wejściu widać, że BrowArmia dzieli się na dwie części – na poziomie ulicy jest restauracja, zaś kondygnację niżej, w piwnicy, mieści się część browarowo-pubowa. Schodząc na dół mijamy dwie okrągłe kadzie fermentacyjne, niestety akurat puste.
Dolna sala urządzona jest w piwnicy i już sam ten fakt nadaje jej ciekawy charakter. Ceglane ściany i łukowate przejścia stanowią świetną scenerię do spokojnego raczenia się tutejszym piwem. Integralnym elementem wystroju jest oczywiście osprzęt browaru: za barem górują kadzie zacierne, zaś na bocznej ścianie, za szybami, widzimy tanki leżakowe. Całość podzielona jest na kilka pomieszczeń, jednak nie odczuwa się wrażenia zamknięcia, ponieważ poszczególne części są na siebie otwarte. Stolików jest sporo, tak więc lokal przygotowany jest na przyjęcie rozsądnej liczby klientów. Można też siadać na stołkach barowych przy ścianach.
Wcześniej zetknąłem się także z lekką krytyką obsługi – podobno nie spieszyła się z obsługą nie dość eleganckich gości. Na szczęście w moim przypadku tak się nie stało. Sympatyczne kelnerka szybko przyjęła zamówienie i już po chwili na stoliku stały gustowne firmowe naczynia. Browar dysponuje własnymi kuflami 0,5l, szklankami do piw pszenicznych 0,5l i 0,3l, a także eleganckimi pokalami 0,3l. Kolekcjonerzy ucieszą się z firmowych podstawek.
Dochodzimy wreszcie do tego, co chyba najbardziej interesuje potencjalnych gości: do piwa. Browar serwuje cztery rodzaje własnych trunków. Pierwszym jest klasyczny pszeniczniak w stylu bawarskim, o ekstrakcie 11,7%. Jest to jeden z lepszych Weizenów, jakie dane mi było pić. Doskonale potwierdza, że tego typu piwa świetnie wychodzą w browarach restauracyjnych. W zapachu oraz smaku bez problemu wyczuwa się charakterystyczne dla stylu estrowe nutki, a wysokie nagazowanie i niska chmielowość sprawiają, że piwo jest bardzo orzeźwiające. Pszeniczniak jest oczywiście mętny, z naturalnym osadem drożdżowym.
Następne piwo jest ukłonem dla gości o bardziej tradycyjnych upodobaniach – jest to pils o ekstrakcie 11,7%. Różni się jednak od klasycznych przedstawicieli swego gatunku, tak tłocznie zapełniających nasze półki sklepowe, choć moim zdaniem wychodzi mu to na plus. Na pierwszy rzut oka może razić od strony wizualnej. Jest bowiem zupełnie mętny, prawie jak pszeniczniak, jednak sądzę, że to efekt działania zastosowanego typu drożdży. Mi to zupełnie nie przeszkadzało, jednak być może warto przyjrzeć się sprawie pod kątem gości stroniących od bardziej wymyślnych gatunków piwa i podać pilsa dłuższemu leżakowaniu, aby wyklarował się w sposób naturalny? Dziwi też barwa, ponieważ pils z BrowArmii przypomina nią belgijskie witbiery. W zapachu czuć delikatną, przyjemną chmielowość. Ten chmielowy charakter uwidacznia się również przy piciu – piwo ma bardzo silny posmak chmielowy, który nie wydaje mi się pochodzić od znanych mi polskich odmian chmielu. Natomiast goryczka chmielowa z początku wydaje się niewielka, lecz zostawia bardzo przyjemny posmak na języku.
Trzecim wyrobem piwowarów z BrowArmii jest imbirowe o ekstrakcie 11,7%. Osoby znające z tego typu piw tylko Ginger’sa muszę ostrzec (lub też ucieszyć, zależnie od upodobań) – imbirowy trunek z BrowArmii jest zupełnie inny! Jest piwem o herbacianej barwie, zupełnie klarownym. Tak naprawdę przypomina mi raczej porządnego angielskiego bittera, z jedynie lekką nutą imbirową, zgrabnie splatającą się z estrowymi posmaczkami będącymi efektem działania drożdży górnej fermentacji. Dobrze czuć też lekką słodowość. Niestety obsługa popełnia przy tym piwie błąd, podając je za zimne. W końcu piwa górnej fermentacji powinno podawać się cieplejsze niż pilsy, ponieważ dopiero w wyższych temperaturach ujawniają swą smakową złożoność. Mam nadzieję, że w przyszłości ta sytuacja się poprawi i browar nie będzie serwował wszystkich piw korzystając tylko z jednej chłodziarki. Za mankament można też uważać zbyt duże nagazowanie, jednak nie przeszkadza ono aż tak bardzo.
Ostatnim produktem browaru jest stout o ekstrakcie 12,7%. Pierwsze wrażenie jest świetne – kelnerka stawia na stole czarną jak atrament ciecz, zwieńczoną gęstą, trwałą pianką. Niestety, wrażenia zapachowo-smakowe znów psuje zbyt niska temperatura oraz zdecydowanie zbyt wielkie nagazowanie, zupełnie nie pasujące do tego typu piwa. Z początku zapach jest niemal niewyczuwalny, a smak zbyt płaski, niemal nie czuć w nim tak charakterystycznej dla stoutów paloności. Wiedziałem czego powinienem się spodziewać, tak więc poczekałem trochę żeby piwo się ogrzało, jednak szkoda, że muszę w ten sposób nadrabiać niekompetencję obsługi. W wyższej temperaturze w zapachu pojawiają się palono-karmelowe nutki, w smaku zaś paloność pochodzącą z palonego ziarna. Zetknąłem się z krytyką tego piwa, zarzucającą mu zbyt niską treściwość. Absolutnie nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Piwo z BrowArmii jest stoutem wytrawnym, który właśnie tak powinien smakować. Gęstość i potężna treściwość występuje w stoutach owsianych.
Bardzo mnie zaskoczył fakt, że siedzące dookoła osoby rzadko wybierały pilsa – znacznie częściej widziałem stouta lub pszeniczne. Cieszy, że goście pragną spróbować czegoś innego, niż zapełniająca półki koncernowa papka.
Nie samym piwem BrowArmia żyje. Menu jest dość rozbudowane, można w nim znaleźć zarówno przekąski, jak i pełne dania. Nie skusiłem się na nic większego, więc mogę pisać jedynie o skosztowanym koszyczku chleba z masłami smakowymi. Nie byłem niestety zbyt zadowolony. Wprawdzie pieczywo było świeże, ale masło nie okazało się masłem, tylko kiepskiej jakości margaryną, psującą cały efekt. Masełko czosnkowe jest całkiem dobre, ale chmielowe rozczarowuje, ponieważ trzeba się bardzo wysilać, żeby wyczuć w nim choć mizerną chmielowość.
Wizytę w BrowArmii uważam ogólnie za bardzo udaną. Wprawdzie wystąpiły pewne mankamenty, czyli „groźna” atmosfera przy wejściu, płatna szatnia czy nieprawidłowości w serwowaniu imbirowego oraz stouta, jednak smak piwa oraz wystrój lokalu zdecydowanie przeważają szalę. Pozostaje mi tylko żywić nadzieję, że browar zrozumie, iż niektóre style piwa wymagają odmiennych metod serwowania oraz przestanie silić się na sztuczny, niepotrzebny snobizm. Czego życzę zarówno BrowArmii, jak i klientom.
Piotr Kucharski