Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Bój o piwne ogródki

28.07.2002

Browary ostro konkurują o obecność w miejscach, gdzie strumieniami leje się piwo. A restauratorzy liczą dodatkowe zyski.
Dobrze jest dziś mieć knajpę z piwnym ogródkiem. Słońce praży, spragnieni piwosze oblegają stoliki, a browary zabiegają o względy właściciela.
W zamian za wyłączność sprzedaży danego piwa w ogródku mogą oni wytargować od browaru dzierżawę barowego wyposażenia, wartego nawet 150 tys. zł. Właściciele najbardziej atrakcyjnych ogródków co roku otrzymują prezenty, których wartość sięga 50 tys. zł: darmowe koszulki, otwieracze do piwa, upusty w cenie piwa, a nawet gotówkę.
Ogródki to dla browarów szansa wyeksponowania marki piwa - najlepsza, od kiedy wprowadzono zakaz reklamy w telewizji do 23.00. Ich właściciele cieszą się i coraz więcej wymagają.
Latem walka o klienta jest ostra. Bo piwo to towar sezonowy. Od maja do końca września "schodzi" 70 proc. rocznej sprzedaży.
W najwyższej cenie są te ogródki, które miesięcznie gwarantują sprzedaż powyżej 8-10 tys. półlitrowych kufli piwa. - Kto zdobędzie ogródek i pub, zdobędzie rynek - mówi Marek Bąk, dyrektor ds. gastronomii Brau Union Polska (m.in. piwo Królewskie). - Jak klientowi będzie smakowało piwo w pubie, to potem kupi je w sklepie.
W Malborku Królewskie wykosiło trzy konkurencyjne browary. Z piwa Kompanii Piwowarskiej (m.in. Tyskie i Lech) zrezygnował Jacek Jewartowski, właściciel piwnego ogródka przy ścianie krzyżackiego zamku. Miejsce to odwiedza blisko 400 tys. turystów rocznie, więc swoje logo chce mieć tam każdy browar.
- Obiecywali złote góry - opowiada Jewartowski. - Ale tylko Królewskie zaproponowało konkrety. W kompanii nie mogłem doprosić się o otwieracz, a teraz np. szklanek mam tak dużo, że rozdaję klientom na pamiątkę.
Białostockie Dojlidy starają się o wejście do ogródka przy Zielonej Bramie na gdańskiej Starówce. Za trzyletnią wyłączność na sprzedaż białostockiego piwa właściciel dostał w dzierżawę pełne wyposażenie baru o wartości co najmniej 50 tys. zł. Dodatkowo browar proponuje 20 tys. zł rocznie za reklamę i przez trzy lata piwo o wartości 20 tys. zł za 1 grosz. - Na razie wzięliśmy parasole i wyposażenie - kręci nosem Józef Sitkowski, właściciel. - Nie wiem, czy podpiszemy umowę na stałą współpracę, bo browar chce wpisać do niej za wysokie kary na wypadek za małej sprzedaży.
Ale hojność browarów kusi. Właściciele ogródków na kazimierskim Rynku mogą liczyć na 40 tys. zł ekstra rocznie, ci spoza Rynku - na 10 tys. zł. Na warszawskiej Starówce premie wynoszą od kilkunastu do kilkudziesięciu tys. zł rocznie. Rekord padł ponoć w Krakowie, gdzie jeden z browarów zaoferował właścicielowi ogródka dzierżawę wyposażenia wartości ponad 100 tys. zł plus 50 tys. zł na rękę.
- Nie dziwię się. Krakowski rynek jest często fotografowany i filmowany. Logo browaru idzie w świat - tłumaczy Andrzej Długosz, ekspert branży piwowarskiej.
Umowy zwykle podpisywane są już w kwietniu. Jednak restauratorzy potrafią być bezwzględni. W ubiegłym roku Robert Sulkiewicz, właściciel kilku popularnych restauracji w Kazimierzu Dolnym, podpisał kontrakt z Okocimiem. Potem jednak dogadał się z Kompanią Piwowarską. - Okocim źle skonstruował umowę, więc postanowiłem zagrać im na nosie - mówi Sulkiewicz. Nocą, w półtorej godziny przedstawiciele kompanii zdemontowali gadżety Okocimia i założyli Lecha. Gdy rankiem ogródek Sulkiewicza - jako modelowy przykład współpracy - odwiedzili regionalni szefowie okocimskiego browaru, zobaczyli parasole i nalewaki konkurencji. Sulkiewicz twierdzi, że podobno poleciała głowa miejscowego przedstawiciela browaru.
Komu powinniśmy kibicować w tych potyczkach? Nikomu. Pieniądze, które restauratorzy oszczędzają na kuflach, i tak nie mają wpływu na cenę ich zawartości.

Newsweek numer 31/02
Newsweek

Przemysław Puch