Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

Biznesowe warzenie piwa

03.08.2006

Rozmowa: Graham Mackay, prezes SABMiller.
Jest pan chyba zadowolony z tegorocznych upałów w Europie?

GRAHAM MACKAY: Interesuje nas zwłaszcza pogoda w Europie
Wschodniej i rzeczywiście dla browarów była korzystna. Polska jest naszym największym i najbardziej
dochodowym rynkiem w Europie, z 10-procentowym wkładem w
nasz zysk.

Jakie ma pan plany wobec naszego rynku?

Chcemy zachować pozycję lidera i mocniej jeszcze zróżnicować marki. Polska jest nadal krajem, gdzie liczą
się przede wszystkim marki krajowe, ale zagraniczne powoli zyskują na znaczeniu. I w tym wzroście także chcemy mieć swój udział. Zauważyliśmy również zmiany w handlu detalicznym. Szybciej rośnie sprzedaż w supermarketach i
hipermarketach oraz klubach i barach niż w handlu tradycyjnym.

Marka Tyskie zdobyła prestiżowy tytuł Championa. Czy korzystając z tej okazji, SABMiller planuje zagraniczną
ekspansję Tyskiego?

Już je eksportujemy do USA.

Nie wierzy pan więc, że Polska jest w stanie wyprodukować i wypromować markę światową?

Nie wiem. Polska nie jest krajem piwoszy. Chociaż z drugiej strony jeden z największych światowych sukcesów, jeśli nie największy, odniosło meksykańskie piwo Corona. 50 lat temu nikt by nie powiedział, że Meksyk jako producent piwa
może odnieść sukces. Widać wszystko się zmienia.

Tylko smak dobrego trunku jest taki sam. A propos, jak się robi dobre piwo?

To sprawa czysto techniczna. Najważniejsze jest wyprodukować takie piwo, które polubi rynek. Corona jest lekka, takie piwa lubią Latynosi. W obydwóch Amerykach i w
Azji kiepsko sprzedają się piwa o intensywnym smaku. Europejczycy z kolei wolą piwo bardziej gorzkie, ale i orzeźwiające w smaku. Polacy mają typowy gust europejski.

Pamięta pan ten moment, kiedy powiedział pan: wchodzimy do
Polski?

Po raz pierwszy przyjechałem tu w 1991 roku. Już wtedy nie mieliśmy wątpliwości, że tak naprawdę w Europie Środkowej liczą się dwa rynki: polski i czeski. Kiedy jednak dobrze
przyjrzeliśmy się, co w Polsce jest do przejęcia, nie wydawało nam się to atrakcyjne. Postanowiliśmy więc poczekać i zainwestowaliśmy na Węgrzeh. Kupiliśmy tam
ostatni browar, jaki pozostał na sprzedaż, który warzył piwo o słabych markach i cała ta inwestycja naprawdę wymagała wiele wysiłku. Ale kiedy wróciliśmy do Polski, węgierskie doświadczenia bardzo nam pomogły.

O jakich doświadczeniach pan mówi?

Że trzeba mieć precyzyjną strategię dotyczącą marek, jakie się promuje i że trzeba działać szybko. A także to, że przejęcie browaru w Europie Wschodniej nie ma nic wspólnego
z prowadzeniem browaru o 100-letniej tradycji w jakimkolwiek
innym regionie świata. Tutaj straty narastają szybciej. Wiedzieliśmy również, że w Polsce musimy mieć taki udział w rynku, który pomoże nam w osiągnięciu masy krytycznej.

Teraz Kompania Piwowarska jest największa w Polsce. Czy rzeczywiście jest to wygodna sytuacja?

Urzędy nadzorujące uczciwą konkurencję w Europie zazwyczaj nie atakują liderów rynkowych, jeśli nie nadużywają swojej dominującej pozycji. Natomiast zdajemy sobie sprawę z naszych zobowiązań tak prawnych, jak i moralnych wynikających z tej sytuacji. Na razie
wszystko funkcjonuje normalnie.

Jaki udział w polskim rynku satysfakcjonowałby Kompanię Piwowarską?

Trudno mi podać dokładną liczbę. Dzisiaj jest to około 37 procent i jesteśmy największym graczem na rynku. Ale myślę, że i ten wynik można poprawić o kilka punktów procentowych.

W jaki sposób zamierza pan to zrobić?

Tak samo, jak to robimy dotychczas i lepiej, niż robi to konkurencja. Nie widzę potrzeby dramatycznych zmian. Mamy dobre piwo, popularne marki, firma jest dobrze zarządzana,
produkcja rośnie, mamy sprawną dystrybucję i rozeznanie
w tym, co klient naprawdę lubi. Największym błędem byłoby popaść w samozadowolenie. Na to nie możemy sobie pozwolić.

Rzeczpospolita

rozmawiała Danuta Walewska