Aktualności

« poprzedni  |  powrót do listy  |  następny »

150 lat prawie bez różnicy

31.08.2006

Austriacki z urodzenia, polski z wyboru,nacjonalizowany przez IIRP, III Rzeszei PRL, zawsze wracał w prywatne ręce.Przetrwał komunę, bo miał przynosićpaństwu dewizy. Wtedy właśnie powstały sztandarowe produkt żywieckiego browaru
Piwosze wychowani na reklamach piwa z przetaczającymi się dębowymi l beczkami, zwiedzając żywiecki browar, mogliby się zdziwić. Jedyne dębowe beczki, jakie tam spotkają, to muzealne eksponaty.
W rzeczywistości piwo przelewa się przez kilometry rur ze szlachetnej stali. Leżakuje w ogromnych stalowych walcach do fermentowania zwanych tankami.
- Piwo nie wino, drewna nie lubi. Żeby się z nim nie stykało, całymi latami trzeba było smołować beczki, czyli wykładać je specjalną żywicą browarnianą - wspomina Tadeusz
Lach. Pracę w żywieckim browarze zaczął w 1943 roku i jak większość pracowników przepracował
tam całe życie.
Ze stali najbardziej powinni cieszyć się piwosze. Od kiedy na początku lat 90. zaczęto rozlewać piwo do stalowych kegów, nie da się już go „ochrzcić", bo 30- i 50-litrowe beczułki napełniane są pod ciśnieniem. Wysokie na ponad
20 metrów tankofermentatory biją dębowe beczki na głowę. Oplecione kilometrami rureczek z cieczą chłodzącą utrzymują temperaturę z dokładnością do pół stopnia Celsjusza.
- Technika, którą teraz stosujemy, ma się do tej sprzed lat tak, jak podróżowanie balonem do lotów boeingiem - tłumaczy Jarosław Hoc, kierownik procesów technologicznych.
— Tej branży techniczne nowinki pomogły jak żadnej innej.
Pewnie dlatego żywiecki zakład przypomina teraz bardziej kosmiczny ośrodek NASA. Przemierzając browar, łatwiej natknąć się na komputer, niż spotkać człowieka. Praca, którą
wcześniej wykonywało 30 osób, teraz zajmuje czterech ludzi z wielkimi słuchawkami na uszach. Sączy się z nich l albo II Program Polskiego Radia, bo ten najłatwiej złapać w okolicy browaru. Ponad 90 procent prac skomputeryzowano.
Ludzie są najbardziej potrzebni, kiedy trzeba przetestować kolejną próbkę piwa. Na stół wjeżdżają czarne szklanki. Pracownicy upijają po łyku z każdej z nich. 500 metrów od sali, w której odbywają się testy, piwo rozlewane jest z prędkością ponad 200 tysięcy butelek na godzinę.
150 lat temu browar produkował tyle przez kilka miesięcy.

ARCYPOMYSŁOWY ARCYKSIĄŻĘ

Nie wiadomo, dlaczego Albrecht Fryderyk Habsburg - wnuk cesarza Leopolda II, arcyksiążę i austriacki feldmarszałek w jednej osobie - postanowił zostać posiadaczem browaru.
Odpowiedzi na to frapujące pytanie należy szukać w kubkach smakowych okolicznych mieszkańców. Piwo serwowane w Galicji na początku XIX wieku było skwaśniałe albo mętne i dalekie od złocistego koloru. Dla wiedeńskiego arystokraty jego barbarzyński smak był nie do zniesienia.
Arcyksiążę do kwestii założenia browaru podszedł w sposób arcyprzemyślany. Wiedeńscy inżynierowie wybrali teren o obco dla nich brzmiącej nazwie - Pawluś. Górskie potoki
spod masywu Skrzycznego gwarantowały stały dopływ wody. Miękkiej i niepodatnej na skażenia, ale tego Albrecht Fryderyk jeszcze wiedzieć nie mógł. Browarniane budynki zaprojektowano tak, że na każdym etapie powstawania napój
siłą ciężkości sam mógł spłynąć dalej z warzelni do fermentowni, a stamtąd do leżakowania i na koniec do położonych najniżej rozlewni.
Budowa browaru rozpoczęła się w 1852 roku. Oficjalnie firma powstała w 1856, choć pierwsze piwa zaczęto warzyć w 1857 roku. Pod względem technologicznym tylko dwa browary w całej Galicji mogły porównywać się z żywieckim - Okocim i Browary Lwowskie.

WAGNERÓW DWÓCH

Kiedy Ryszard Wagner pracował nad swoją ostatnią operą - „Parsifalem" - zupełnie z nim niespokrewniony piwowar Juliusz Wagner pracował w Żywcu nad recepturą żywieckiego Portera. Umuzykalnieni piwosze twierdzą, że dzieło Juliusza góruje nad dokonaniem Ryszarda, choć obydwa są z gatunku ciężkich. Juliusz Wagner, absolwent Akademii Piwowarskiej
w Wiedniu, trafił do Żywca w 1875 roku jako doświadczony piwowar ze stażem w austriackich i czeskich browarach. Dostał zadanie wzbogacenia oferty firmy, która wcześniej produkowała piwa jasne pełne typu pilzneńskiego, a także piwo Zimowe wystałe (długo leżakowane) i Marcowe. W 1881 odbyła się premiera Portera skomponowanego przez Juliusza Wagnera. 10 lat później „cesarską rodzinę" wzmocniło jeszcze jego Ale - piwo jasne i mocniejsze niż zwykłe (dziewięcioprocentowe).
Pod koniec XIX wieku bezpotomnie umarł założyciel browaru. Spadkobiercą został jego bratanek Karol Stefan Habsburg, który nie tylko na stałe zamieszkał w Żywcu, ale też nauczył
się polskiego. Ośmieliło to jego ekonomów do odważnego ruchu marketingowego. Niemieckojęzyczne nazwy piw żywieckich zmieniono na polskie odpowiedniki. Od tej pory galicyjscy poddani Jego Cesarskiej Mości kupowali już piwo jasne pod rodzimymi nazwami: Cesarskie, Eksportowe, Lagrowe. Na zwiększenie sprzedaży nie trzeba było długo czekać. Nowy pan na browarze był człowiekiem nietuzinkowym.
Co roku sprawiał sobie nowy jacht, a towarzystwo bawił nietypowymi żartami, jak wsadzanie paniom za bluzkę starych
ryb. Ale browar był jego oczkiem w głowie i bardzo dbał o jego ciągłe unowocześnianie. Barierą ekspansji były czas i technika, bo piwo musiało dojechać do odbiorcy świeże i zimne. Transport końskim zaprzęgiem do Wiednia czy Budapesztu zajmował kilka dni. W 1882 roku browar kupił więc „piwiak" — pierwszy wagon do transportu piwa, latem chłodzony za pomocą lodu. Od tej pory załadowane wieczorem piwo rankiem można było już sączyć w Wiedniu.
W 1894 roku w żywieckich piwnicach fermentacyjnych zamontowano pierwszy agregat chłodniczy. Dwa lata później na Pawlusiu zaczęły pracować dwie maszyny parowe, a niedługo
po nich pojawiła się pierwsza żarówka.
Większość z 84 zatrudnionych robotników była wstrząśnięta. W ciągu kilku lat ich zakład przeżył rewolucję technologiczną.
W dobie raczkującej reklamy i promocji żywieccy ekonomiści nie chcieli pozostawać w tyle. W jednej z gazet opublikowano reklamowy anons: „Można używać piwa żywieckiego w zastępstwie wody, tam gdzie woda nie jest zdatna do spożycia, lub przez osoby z osłabionym żołądkiem,
lub mające skłonność do obstrukcji lub przez osoby o wyczerpanym organizmie, anemiczne lub źle odżywione".

NEON, PIANKA I DOKTORSKA POGADANKA

W 1913 roku oddano do użytku nową warzelnię, dzięki czemu można było wyprodukować 250 tysięcy hektolitrów piwa rocznie. Ale 28 czerwca 1914 roku żywieccy Habsburgowie
ponieśli podwójną stratę. W Sarajewie zginał ich kuzyn arcyksiążę Ferdynand. Niedługo potem część ich pracowników i większość klientów poszła ginąć w okopach l wojny światowej. Problemem była nie tylko sprzedaż piwa, ale też kupno słodu i chmielu do jego produkcji.
Po wojnie wcale nie było łatwiej. W 1919 roku władze młodziutkiego państwa polskiego wprowadziły w browarze zarząd komisaryczny z myślą o całkowitym upaństwowieniu firmy. Dopiero w 1924 roku uznano, że majątek nie ulega przejęciu. Browar musiał odbudować dawną pozycję. Zaczęto tworzyć system przedstawicielstw, tak zwanych reprezentacji. Były to firmy kupieckie w różnych częściach kraju, które kupowały na wyłączność prawo do sprzedaży
żywieckiego piwa na danym terenie. Ich weryfikacja
odbywała się niczym w powieści kryminalnej. Kandydat na partnera handlowego był sprawdzany przez wywiadownie gospodarcze, które posuwały się nawet do śledzenia. Samo przyznanie prawa do reprezentacji sprawy nie załatwiało. Na kontrahentów robiono naloty, w czasie których sprawdzano, czy nie mieszają piwa żywieckiego z innymi tańszymi bądź nie dolewają wody. W latach 30. reklamy Żywca pojawiły się
przed seansami kinowymi. A w sierpniu 1930 roku na nieruchomości w centrum Warszawy przy Alejach Jerozolimskich 36 umieszczono olbrzymią neonową reklamę. Wynajem dachu kosztował 3500 franków szwajcarskich
rocznie. Browar rozsyłał też darmowe próbki piwa lekarzom. W zamian polecali je pacjentom.

POLSKI MUNDUR I BESKIDENBRAUEREI

Kto wie, jak potoczyłaby się przyszłość żywieckiego browaru, gdyby na początku września 1939 roku arcyksiażę Karol Olbracht Habsburg otworzył gestapo drzwi ubrany jak zawsze w szary garnitur, a nie w mundur polskiego oficera.
Może gdyby dał się przekonać okupantowi, że czuje się Niemcem, a nie Polakiem, nie straciłby oka podczas przesłuchania? Stracił on również browar. Nie wiedział tylko, że na zawsze.
O ile właścicielowi Niemcy nie okazali zbyt dużo szacunku, o tyle browarem zajęli się znacznie lepiej. Nie przerywając produkcji, całą polską kadrę kierowniczą przesiedlili do Generalnej Guberni, a skonfiskowany browar nazwali
Beskidenbrauerei Saybusch. Produkcja szła głównie na potrzeby niemieckiej armii i policji. Dla niej właśnie warzono jasne pełne nazwane Beskiden-Gold. Głównym gatunkiem
był Saybuscher Quell zbliżony do Zdroju Żywieckiego. Warzono niewielkie ilości Porteru, Ale, Export Dunkel i trochę piw w typie Słodowego i jasnego pilzneństóego.
W styczniu 1945 Niemcy zaczęli regularnie wywozić zapasy piwa do Rzeszy. W kwietniu browar przejęła armia radziecka, która robiła to samo, tyle że transporty szły do Rosji. Ale piwnice były tak obszerne, że wszystkiego wywieźć nie zdołano. Już w połowie maja 1945 roku browar znów produkował, i znów pod marką Żywiec, choć oficjalna nazwa zakładu brzmiała: Arcyksiążęcy Browar w Żywcu pod Zarządem
Państwowym. W gospodarce uspołecznionej produkcja dobrego piwa była sztuką, która w Żywcu się jednak udawała. Dlatego to przed tym browarem postawiono trudne zadanie przemiany piwa w dewizy.

KOMUNISTYCZNY FULL WYPAS

Żywiecki Fuli powstał 50 lat temu. Jego narodziny obrosły legendą. Polska Ludowa potrzebowała eksportowego hitu, a niewiele miała do zaoferowania. Przed żywieckimi piwowarami
i naukowcami z Instytutu Fermentacyjnego w Warszawie postawiono zadanie stworzenia piwa o trwałości sześciu miesięcy. Tak powstał słynny Żywiec Beer z tańczącą parą na etykiecie. Dlaczego żywieccy górale warzyli piwo z krakusami na etykiecie? Według jednych, żeby klientom dobrze kojarzyło się z innym eksportowym hitem - szynką Krakus. Inna wersja tej historii głosi, że projekt etykietki nadzorował tajemniczy pan Lutom, Amerykanin polskiego pochodzenia, który jako pierwszy postanowił
importować Żywiec. Lutom upierał się, że każdemu Polakowi ojczyzna kojarzy się z Krakowem, a więc na polskim piwie będą krakowiacy i już.
Termin przydatności do spożycia okazał się kluczem do sukcesu. Dzięki temu Fuli Light można było zapakować w kartony i przewieźć statkami do USA. Bardzo szybko stało się jednym z najbardziej nagradzanych piw na świecie.
W 1963 roku Żywiec Beer zdobył srebrny medal na targach w Kolonii, w 1964 brązowy w Paryżu i wreszcie złoty w 1967 roku w Brukseli.
- Sędziowie oprócz smaku byli zachwyceni pianką. Duże wrażenie zrobiło też nasze bąbelkowanie - wspomina Waldemar Antczak, przez lata zastępca szefa produkcji.
Browar był niczym perła w koronie. A pracownicy czuli się jak pączki w maśle. Codzienny deputat od jednego do trzech litrów, w zależności od stanowiska, teoretycznie odbierało
się po pracy. Gorzej było z opakowaniami. Nie pomogło nawet ręczne owijanie każdej butelki w bibułkową serwetkę. Kolory etykiet szybko blakły, 0 ile przyklejona słabym klejem nalepka wcześniej nie odpadła.
Pod koniec lat 50. powstał drugi - obok tańczącej pary - charakterystyczny żywiecki znak - trzy choinki symbolizujące zalesione góry Beskidu Żywieckiego. Żywieckie chojny stały się znakiem rozpoznawczym kolejnego eksportowego hitu, piwa Krakus. Następną eksportowa marką było piwo Piast.
— Piast szczególnie smakował Włochom. W połowie lat 70.
w świat poszła informacja, że Piasta zamawia nawet Watykan, partyjni działacze wręcz zabijali się, żeby spróbować „papieskiego piwa" - mówi Antczak.
Żywieckie piwa podbijały niemal cały świat. ale w Polsce były nieosiągalne. Paradoksalnie Żywiec najłatwiej było kupić w kraju w czasie stanu wojennego, bo za granicą bojkotowano polskie wyroby eksportowe. Była to też jedyna
i niepowtarzalna okazja napicia się piwa w zwykłej, przezroczystej butelce, bo w czasie permanentnego kryzysu brakowało lepszych opakowań.
W 1990 roku Zakłady Piwowarskie w Żywcu zostały sprywatyzowane jako jedna z pierwszych firm w Polsce. We wrześniu 1991 akcje spółki debiutowały na giełdzie. Trzy lata później inwestorem strategicznym został holenderski
Heineken. Spór o majątek Żywca pomiędzy browarem a rodziną Habsburgów ostatecznie zakończył się w 2005 roku. Za zrzeczenie się roszczeń spadkobiercy Habsburgów otrzymali
finansowe zadośćuczynienie. Dziś browar w Żywcu wraz z browarami w Warce, Leżajsku Cieszynie, Elblągu i Bydgoszczy należy do Grupy Kapitałowej Żywiec SA. Sam Żywiec produkuje
około czterech milionów hektolitrów piwa rocznie, czyli tyle, ile w latach 30. warzono w całej Polsce.

KORZYSTAŁEM z KSIĄŻKI „145 LAT BROWARU ŻYWIEC. TRADYCJA i NOWOCZESNOŚÄ†" AUTORSTWA ADAMA SPYRY l GRZEGORZA ZWIERZYNY.



Przekrój

Juliusz Ćwieluch